środa, 30 listopada 2016

Kreatywnie: pompony z tiulu :)

Uwaga! Zacznę od marudzenia! 

Noc znowu nieprzespana. Dziedzic i biegunka to marne połączenie... :/ Cóż... Został dziś w domu... 
Na szczęście niechciany gość jak szybko się pojawił - tak samo szybko zniknął!

No! To koniec marudzenia! :)

Musiowy kalendarz przewidywał na dzisiejszy dzień inną kreatywną pracę, która ma zaowocować niespodzianką dla Dziedzica. Ale - jak pewnie się domyślacie - wszelkie prace nad tym "projektem" musiały zostać odłożone - no bo Dziedzic w domu. Nie ma się co łudzić, że przygotowywanie niespodzianki zostałoby przez niego niezauważone ;) Jutro muszę jednak zrobić wszystko, żeby po powrocie Dziedzica z przedszkola "niespodziewanka" była gotowa :D

Żeby było jasne - dziś wcale nie próżnowaliśmy ;)
Jakiś czas temu - dość dawno chyba, skoro nie potrafię umiejscowić tego wydarzenia w czasie ;) - stałam się szczęśliwą posiadaczką 6 rolek tiulu. 

Nie, że przez przypadek! ;) Zakup był świadomy, bo... wymyśliłam, że zrobię dla Dziedzica pompony z "ciulu" ;)

I tak sobie ten tiul leżał i leżał - jak wyrzut sumienia... :)
Dziś stwierdziłam, że - skoro zmuszona jestem zmienić plany - to w końcu ziszczę marzenie i zrobię te pompony! Nie czekając aż mi ochota minie - zabrałam się do pracy :)

W końcu wyjęłam rolki tiulu z dna szafki, z kuchni przytargałam pokrywki, z garażu - karton i... do dzieła!


Pierwsze w ruch poszły pokrywki i ołówek :) Dzięki nim powstały trzy szablony, o średnicy 21, 17 i 12 cm. 


W trakcie okazało się, że tektura, którą posiadam wcale nie ułatwia pracy, bo... jest zbyt gruba. Musiałam ją więc jednej strony nieco "wydłubać". Inaczej szablony nie chciały się w ogóle zgiąć...

Każdy szablon został nacięty - w taki sposób, aby można było w nim umieścić kawałek tiulu bądź tasiemki służącej do związania pomponu. 


Taka ze mnie gapa, że... zapomniałam zrobić zdjęcie czerwonemu pomponowi podczas nawijania tiulu, dlatego obfociłam dopiero granatowy ;)


Ostatnim krokiem było przecięcie tiulu wzdłuż zaokrąglonego brzegu szablonu. Trzeba przy tym trzymać w jednej dłoni końce przełożonej przez szablon tasiemki - w taki sposób, aby nawinięty tiul nam nie "uciekł" ;) 

Nieodpowiedni karton i tutaj sprawiał kłopoty - niestety nożyczki go poszarpały... Do zrobienia następnych pomponów muszę zrobić nowe szablony - ale te widoczne na zdjęciach spokojnie wystarczyły do realizacji całego dzisiejszego przedsięwzięcia :)

Pompony zostały przywiązane do odpowiedniego koloru wstążek, a efekt końcowy wywołał... uśmiech na twarzy Dziedzica! :)




Z sześciu rolek tiulu udało mi się zrobić po trzy pompony z każdego koloru - duży, średni i mały :)
Proporcje były następujące:
- duży pompon: szablon o średnicy 21 cm, jedna rolka tiulu (15 cm szerokości, 9 metrów długości)
- średni pompon: szablon o średnicy 17 cm , 2/3 rolki tiulu
- mały pompon: szablon o średnicy 12 cm, 1/3 rolki tiulu.

Idę za ciosem - jutro zamawiam tiul na pompony do okruszkowego pokoju ;) Niewykluczone, że Dziedzic też otrzyma jeszcze trzy - marzą mi się takie gigantyczne! Takie łaaaaał! :D

P.S. Trzeci trymestr przyniósł ze sobą masę energii i zapału. Kolejne kreatywne projekty zamierzam zrealizować! :D I uprzejmie Wam o nich doniosę! :D
Mam teeeę mooooc, mam tę mooooc!

poniedziałek, 28 listopada 2016

Koszmar mojego dzieciństwa...

Mądrego podręcznika na temat zasad żywienia - nie wymyślę... :)
Zresztą - po co? Wszystkie chyba już powstały ;)

Ale na temat żywienia mam swoje przemyślenia, które biorą się z moich doświadczeń. 
Z doświadczeń nie tylko osoby dorosłej - ale i dziecka. 

Złotą zasadą mojego dzieciństwa - nie wiem, czy panującą tylko w moim rodzinnym domu, czy też powszechną w ogóle - była zasada "Grube to zdrowe"...
Jako dziecko byłam zatem... przekarmiana... Niestety...
Do niejadków raczej nie należałam - do dziś pamiętam swoją miłość do... parówek i soków BoboFruit :)
Mimo to moja Mama, którą - żeby nie było wątpliwości - szanuję i kocham, wkładała we mnie masę jedzenia... :/

Najgorzej wspominam obiady. Uwaga - będzie drastycznie ;)
Zupa podawana była na specjalnym talerzu - na jego dnie był rysunek kotów siedzących na murku porośniętym jakimiś zielonymi chabaziami z pomarańczowymi kwiatkami...
Nienawidziłam tego talerza... wszystko przez to, że... MUSIAŁAM jeść, dopóki "kotki" nie będą widoczne dla oka... Masakra...
Do dziś pamiętam, jak płakałam z radości, gdy talerz się potłukł... :) Miałam wtedy może 4 lata... Nie pamiętam, kto zawinił, komu wypadł z rąk - pamiętam dziką radość i satysfakcję, jaką odczuwałam na samą myśl, że już nie będę musiała oglądać znienawidzonego obrazka :)

Gdy jeść nie chciałam - wtedy Mama przystawiała taboret do szafki i... karmiła mnie nad zlewem... Pod brodą lądowała ściereczka - żeby ubrania nie zachlapać i... łyżka za łyżką - zupa trafiała do buzi... 
Bo trzeba zjeść, bo to obiad...
"Za mamusię... Za tatusia... Za babcię..."

Dzięki Bogu moje starsze Siostry starały się mnie chronić przed takimi metodami karmienia, toczyły boje z Mamą i to chyba dzięki nim dziś nie mam zaburzeń żywieniowych...

Nie pamiętam już, kiedy postanowiłam, że gdy będę miała dziecko - na pewno nie będę go karmić w ten sposób... Nie wiem, ile mogłam mieć wtedy lat. Dawno to było :)
Od samego początku bycia Musią solennie hołduję tej zasadzie. 
W tygodniu o brzuszek Dziedzica dba przedszkole. Dostaje śniadanie, obiad złożony z dwóch dań i podwieczorek. Czasami zjada wszystko, czasem mówi, że czegoś nie zjadł, bo mu nie smakowało. Często podkrada swojej koleżance, Oliwce, mięsko z talerza. Tzn. zawsze pyta - podobno - czy może ;) Najczęściej dojada jeszcze po przyjściu do domu :)



W weekendy, kiedy jesteśmy wszyscy w domu - obowiązują nas zasady przy stole :)

RAZEM jemy główne posiłki - śniadania, obiady i kolacje. Lubimy celebrować te chwile, nie śpieszymy się, jemy i rozmawiamy. 
Staram się, żeby na stole - zwłaszcza jeśli chodzi o śniadania i kolacje - pojawiały się rozmaite smakołyki. 
Jest półmisek z wędlinami i serami, dżem, jajka, półmisek warzyw. 
Każdy sięga po to, na co ma ochotę. Każdy ma wybór - co i ile zje. 
Na stole jest korowód smaków i kolorów - wiadomo przecież, że najpierw "jemy oczami" ;)

Obiady są z reguły bardziej planowane :) 
Zasada jest jedna - mają smakowicie wyglądać i pięknie pachnieć :)
Rzadko jemy obiady dwudaniowe. Jeśli jest zupa - to zazwyczaj z "mięsną wkładką", a jeśli tej nie ma (w sensie "wkładki") - no to wtedy na stół wjeżdżają jakieś placuszki, które Dziedzic i Tutuś uwielbiają :) Naleśniki, drożdżowe racuszki, placki z jabłkiem lub ziemniaczane... Pod tym kątem bywa kreatywnie ;)

Nigdy nie wymagam od Dziedzica, żeby z jego talerza znikało WSZYSTKO, co na nim jest. 
Ma zjeść tyle, żeby czuł się najedzony. Jeśli na talerzu jest mięso, ryż i surówka, a Dziedzic postanowi zjeść tylko ryż i trochę surówki - nie dramatyzuję :) To jego decyzja. Nie usłyszy ode mnie: "Zjedz mięsko - zostaw ziemniaczki" ;)

Babcia ma z tym zdecydowanie problem... Uważa, że Dziedzic jest blady i chudziutki :) Przy każdej wizycie u lekarza zadaje mi pytanie, czy pediatra nic na ten stan rzeczy nie mówi... :)

No nie mówi - bo Dziedzic nie odbiega od norm siatki centylowej :)
Jest zdrowy, ma siłę i energię do zabawy, nauki i... rozrabiania, więc nie ma co siać paniki.

Pamiętam, jak kiedyś Tutuś jadł śledzie z cebulką. Dziedzic miał może 2,5 roku. Podszedł do stołu, popatrzył na tutusiowe jedzenie i mówi: "Daj!" No to Tutuś śledzika na widelec i hop - do dzioba Dziedzicowi :) Ten zrobił skwaszoną minę (w ciąży z Dziedzicem na zapach ryb mdlałam), ale dzielnie przegryzł kawałek i przełknął. Widząc to Tutuś pyta: 
"- I co? Dobre?"
"- Nooo, dooobleee!" - z entuzjazmem odpowiada Dziedzic, klepiąc się przy tym po brzuszku.
"-Chcesz jeszcze?"
"- NIE!" :D - pada stanowcza, zdecydowanie za szybka odpowiedź ;)

Oprócz samego jedzenia - Dziedzic uwielbia brać udział w przygotowywaniu posiłków :)
Zna przepis na naleśniki - zawsze to On szykuje składniki, które pomagam mu odmierzyć. 
Dziedzic wszystko umieszcza w misce, a potem miksuje. 
Jeszcze nie smaży -ale... wszystko przed nim ;)
Słodkości też piecze :)



Gdy robimy leczo lub pizzę (ostatnio hitem są drożdżowe, "pizzowe" muffinki) - Dziedzic odwala połowę roboty :) Kroi składniki - paprykę, cukinię, kiełbaskę, oliwki (tutaj trzeba być ostrożnym, bo... połowa ląduje w miseczce, druga zaś - w dziedzicowym brzuszku), ogórki. Pomaga zagniatać ciasto (choć nie lubi mieć brudnych rąk) i niecierpliwie czeka, kiedy w końcu wyrośnie. Robi to z wielkim zapałem. Z równie wielką przyjemnością zjada to, co wspólnymi siłami udało nam się w kuchni "wyczarować".


Za wielki sukces uważam to, że Dziedzic je bardzo różnorodnie. 
Kocha brokuły, marchewkę (zarówno gotowaną, jak i surową - ta druga opcja wygrywa nawet z chipsami czy chrupkami), czarne oliwki. Gdy był młodszy - jadł cebulę niczym jabłko - wystarczyło obrać i dać do łapki :) Uwielbia cytrynę, banany, jabłka i gruszki, że o "wi-o-glonach zez pestek" nie wspomnę ;) 
Nie unika nowości - gdy na stole pojawia się coś nowego, z góry tego nie przekreśla - tylko próbuje, żeby się przekonać, czy rzecz jest warta zainteresowania, czy jednak nie :)
Być może ta kulinarna odwaga to jedna z cech Dziedzica. Być może są to skutki dawania mu od samego początku "wolnego wyboru" co do jedzenia. Ciężko stwierdzić ;)



sobota, 26 listopada 2016

Trudny temat - jak przygotować jedynaka na rodzeństwo ;)

Jak przygotować czterolatka-jedynaka na to, że za kilka miesięcy jedynakiem nie będzie?

Nie wiem! :) 

Sądzę, że nie ma na to jednej, uniwersalnej "recepty" :)
Każde dziecko jest przecież inne.
Pewne jest jedno - trzeba to zrobić ;)

Dziedzic - tak jak już kiedyś chyba pisałam - długo nie chciał mieć "Blata" lub "Siostly". Mówił, że... ma za mało jedzenia ;) Potem zmienił zdanie - zamarzył mu się "Blat". "Tylto... żeby był lózowy! I miał odonet! I lobił "chlum, chlum"! I nazwiemy go Dzoldz!" :D


W końcu nadszedł ten dzień, kiedy okazało się, że... temat zaczyna być realny. Test pokazał dwie kreski - bladziutkie, ale jednak świadczące o tym, że Dziedzic przestanie być jedynakiem. 

Po wielkiej radości nastąpił moment zastanowienia: jak i kiedy powiedzieć o tym Dziedzicowi?

Przeczytałam trochę na ten temat - większość artykułów i rad mówiła o tym, żeby nie mówić o rodzeństwie za wcześnie. Bo kilka miesięcy to dla takiego malucha jak lata świetlne - nie będzie mógł się doczekać. 

No tak: mądre publikacje swoje - a życie swoje :)

W końcu zdałam się na intuicję. 

Początki ciąży były dla mnie bardzo trudne... musiałam dużo odpoczywać, ciągle chciało mi się spać, do tego dodać należy niekończące się mdłości. 
Dziedzic przyglądał mi się uważnie przez kilka dni... Moje zachowanie musiało mu się wydawać dziwne. Na pewno nie było dla niego zrozumiałe. Przyzwyczajony był do innej Musi - aktywnej, wiecznie coś robiącej, żywiołowej i uśmiechniętej... :)

A teraz co? TAKA zmiana?

Któregoś dnia podszedł do mnie, przytulił się i zapytał, czemu nie jeździmy razem na rowerze i czemu nie mogę go podnosić... Spojrzałam na niego i zrozumiałam, że... ON się martwi!

Wzięłam Dziedzica na kolana, mocno przytuliłam, zawołałam Tutusia i powiedziałam, że chcielibyśmy mu o czymś powiedzieć. W ten oto sposób Dziedzic dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo. Powiedziałam mu, że Dzidzia mieszka w brzuszku, że jest połączona ze mną taką rurką, przez którą je. Że brzuszek będzie rósł i rósł. I że Dzidzia urodzi się zimą - najpierw będą Święta i odwiedzi nas Mikołaj - a niedługo potem urodzi się brat albo siostra :)


Czekał na siostrę, ale gdy dowiedział się, że jednak będzie brat - wcale nie był rozczarowany :)

Wszystko się Dziedzicowi poukładało :) Wiedział. Zrozumiał. I czeka - wytrwale i cierpliwie. Gdy czasem zapędzę się i chcę go podnieść, mówi "Nie lób tat - że telaz nie możesz, zapomniałaś?" Gdy coś upadnie na podłogę, biegnie do mnie i krzyczy: "Nie schylaj się, że nie możesz!"

Mówi do Okruszka... :) Opowiada mu, czego go będzie uczył :) Czasami go upomina: "Nie top Musi! Ją to boli!" ;) Albo pyta: "W piłtę glasz?" Najczęściej - śpiewa mu piosenki :) 


Teraz nasze rozmowy dotyczą tego, jak Okruszek się urodzi. 

"- Będę musiała iść na kilka dni do szpitala. A Ty będziesz w domu - z Tutusiem."
"- Ale ja nie chcę! Chcę, żebyś była w domu!"
"- Synku, ale w szpitalu są lekarze i panie pielęgniarki - z nimi będę bezpieczna. A w domu kto mi pomoże?"

Nagle niezadowolona mina ustępuje miejsca zaciekawieniu:
"- Musia? A tam będzie winda? Że jat Tamil leżał w szpitalu to była i ja nią jeździłem. Z Tobą! Pamiętasz?"
"- Nooo... będzie winda..." - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
"- Otej! To możesz tam poleżeć. Że ja Cię będę z Tutusiem odwiedzał! I będę jeździł windą!"

Grunt, to użyć właściwych argumentów! ;)

środa, 23 listopada 2016

Spełnione marzenie... :)

... jedno z wielu...

Część z nich udało się zrealizować, ale w głowie wciąż nowe i nowe :)

Tutuś mówi: "Powoli!", ale w moim prywatnym słowniku takie słowo nie istnieje...

Tutuś o tym wie - zna mnie przecież nie od dziś - a mimo wszystko myśli, że coś się w tej kwestii zmieni, że Musia pod tym kątem ewoluuje...

No way! :D :D :D 

Bo ja wciąż mam wrażenie, że zabraknie mi czasu...
Bo ja jestem niecierpliwa tak, że aż mnie samą to czasem irytuje... (ale rzadko ;) )
Bo przecież jedno marzenie goni następne - nie można kazać czekać tym pierwszym w kolejce...

Jedne są zupełnie malutkie - drugie to COŚ DUŻEGO!

Półtora tygodnia temu udało się spełnić kolejne marzenie z magicznej, niekończącej się listy ;)

Czekałam na ten dzień od dawna... od wczesnej wiosny...

Aż w końcu nadszedł!

I choć był zupełnie inny, niż zakładałam, że będzie, to było pięknie, wesoło i zabawnie - nawet dziedzicowe fochy nie popsuły efektu końcowego.

Miało być wiosennie, słonecznie, zielono...
A było zimowo, słonecznie i... nawet zieleń udało się znaleźć. 

Cicho!
Tyle tekstu na dziś wystarczy!
Wszystko zapisane w kadrach!
Czyli my widziani okiem "Karolina Wasilewska - Fotografia Dziecięca" (https://www.facebook.com/Karolina-Wasilewska-Fotografia-Dzieci%C4%99ca-750283031663203/?fref=ts)







Dziękujemy za wspaniałą atmosferę, cierpliwość i... wzruszającą pamiątkę! :) :) :)

Weź teraz bądź człowieku mądry ;) i wybierz spośród wszystkich zdjęć te, które umieścisz w albumie ;) 
Ojjjj... twardy orzech do zgryzienia! ;)

Do zobaczenia - niebawem! Wtedy postaramy się wyposażyć Dziedzica w lepszy humor ;) 
No i pozostaje mieć nadzieję, że Okruszek będzie wdzięcznym modelem! ;)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Przyjemne porządki :)

Dwa miesiące... Tylko tyle i aż tyle...

Wzięło mnie dziś na... porządki! :)
Ale nie byle jakie ;) Wczłapalam się na strych i powyciągałam z niego wszystko, co może przydać się Okruszkowi :)

Z sentymentem i łezką wzruszenia w oku oglądałam maleńkie ciuszki - przecież dopiero co stroiłam w nie Dziedzica!



Moja Mama z uporem maniaka pyta mnie, czy skompletowałam wyprawkę.
No to mówię do niej, że przecież... wszystko mam! Wystarczy zdjąć ze strychu, uprać, uprasować, ułożyć w komodzie, trochę spakować do torby i gotowe!Tylko pieluszek brak ;)
No ale jak to? Babcia ma powód do zmartwienia! ;) Bo przecież do szpitala trzeba nowe! :D

Zupełnie, jakby to "stare", co to Dziedzic leżał w tym może miesiąc, miało na sobie milion plam i tyleż samo łat :D


Żeby nie było to... trochę "nowego" też mam w zanadrzu... No bo wiecie jak to jest: idziesz po ciuch dla siebie, ale... to malusie takie słodkie! I tamto! No to jeszcze skarpetusie do kompletu... Czapusia...
 I wracasz do domu z torbą szmatek dla Okruszka! ;)


Odkurzyłam wózek, kołyskę, wanienkę - już za niedługo będą miały kolejnego właściciela :)


Tutuś ma inne zadanie - szykuje Okruszkowi pokoik :)
Ściany już się pokolorowały - znaczy nie same, wiadomo ;) W sobotę zaczęła  "się kłaść" podłoga :)

W tym tygodniu Dziedzic wrócił do przedszkola po przerwie na chorowanie, a ja...
A ja mam zamiar zakasać rękawy i zmalować w okruszkowym pokoju to i owo na ścianie! :D Tylko ciiii...
Bo jak powiedziałam ostatnio Dziedzicowi o tym co i gdzie namaluję, to ten z zachwytem na ustach i błyskiem w oku obwieścił: "To ja namaluję mu tlattol!!!"

Nooo - to byśmy się zdziwili! ;) :P

Ale zanim "coś" pojawi się na ścianie okruszkowego pokoju - muszę zmajstrować "coś" dla Dziedzica! I to jest priorytet, bo... czas mnie goni! :D Na 01. grudnia "niespodziewanka" musi być gotowa!!! :D

niedziela, 20 listopada 2016

Kaprysy Gwiazdy! ;)

Korzystając z tej z okazji, że Dziedzic w minionym tygodniu "siedział" (to zdecydowanie określenie na wyrost) w domu, postanowiłam zaangażować go do roli modela :)

Wcześniej niż zwykle - bo nie w grudniu, tuż przed świętami, ale już teraz - otworzyliśmy pudło z bożonarodzeniowymi ozdobami :)

Potem urządziliśmy sobie "spacer" po domu, wybierając te przedmioty, które mogły nam się przydać. 
Nie wiem, jak to się stało, ale Dziedzicowi udało się nawet "przemycić" drewnianą latarnię morską, która nijak miała się do zaplanowanej konwencji, ale - mimo wszystko - załapała się na kilka ujęć... ;)

Ale - "do brzegu"!

Całe to przedwczesne świąteczne zamieszanie służyło jednemu. 
Wykorzystując pustą, szarą ścianę w nowym pokoju Dziedzica, wyczarowaliśmy świąteczną dekorację i... zrealizowaliśmy domową sesję zdjęciową! :D


Powstało wiele zdjęć, które złożą się na fotoksiążkę :) 
Będzie świetna pamiątka! :D


Choć Dziedzic z zapałem pomagał mi zaaranżować przestrzeń - to samo pozowanie do zdjęć już nie było dla niego tak atrakcyjne ;)



Jak na prawdziwą Gwiazdę przystało - nie uniknęliśmy fochów, głośnego "Ooooo, nieeeee!!!" i "No juuuuż???"


A ponieważ Dziedzic jest przekorny - taki spadek po Musi ;) - wystarczyło powiedzieć "Tylko się nie uśmiechaj!", "Tylko na mnie nie patrz!", "Nie siadaj na skrzyni!" - żeby uzyskać wprost odwrotny efekt ;)



Trud i "gimnastyka" zaowocowały 30-toma pięknymi zdjęciami :) Może nie są idealne, pewnie dużo im brakuje, jednak - jak na pierwszy raz w "studio" jestem zadowolona z efektów. 


Ostatecznie - gdy już było "po bólu" ;) - nawet Dziedzic przyznał, że taka sesja i bycie modelem to "fastantyczna" zabawa ;)

piątek, 18 listopada 2016

Nie mów tego mojemu dziecku!

Dziedzic - przyznać muszę otwarcie - nie należy do dzieci sprawiających kłopoty. Oby tak mu zostało... co najmniej do 26. roku życia ;)

Od samego początku mówimy z Tutusiem, że trafił nam się fajny egzemplarz. W sensie, że Dziedzic :)
Nie, żeby było idealnie - rodzice doskonale wiedzą, że tak to tylko w reklamach i w serialach.
Ale powodów do narzekania nie ma :)

Oboje staramy się pokazać naszemu dziecku świat. Nazywamy nowe rzeczy, opisujemy zjawiska, tłumaczymy dlaczego coś jest tak, a nie inaczej. Odpowiadamy na wszelkie - nawet na te najbardziej odjechane - pytania. Te najtrudniejsze pewnie wciąż dopiero przed nami ;)


Radzimy sobie - tak nam się przynajmniej wydaje... Czasem sytuacja nas zaskakuje, bo nie wszystko przecież da się przewidzieć, ale - RAZEM - dajemy radę podołać wyzwaniom, jakie stawia przed nami wychowywanie dziecka.

Bywa jednak, że spotykamy na swojej drodze osoby, które - zupełnie nie wiem czemu - czują się upoważnione do prawienia naszemu dziecku "prawd objawionych". No dobra! Mogę przymknąć oko na "dobre rady" Babć i Dziadków. Ok - zdzierżę! Na tym moja tolerancja się kończy.


Są takie teksty - oklepane i stare jak świat, które - gdy kierowane są do Dziedzica - działają na mnie jak płachta na byka.  

Sama ich nie stosuję - innym na to nie pozwalam!!!

 A oto i one:

1. "Nie płacz! Chłopaki nie płaczą!"

Noooo, na Boga! A niby czemu nie? Bo co? Bo to oznaka słabości? Dziedzic ma 4 lata!!! Ma prawo okazywać emocje! Płacze, gdy jest mu smutno, gdy za czymś/kimś tęskni, gdy się uderzy i go boli. Nie używa łez do tego, aby coś uzyskać - wie, że na nas to kompletnie nie działa. Jeśli płacz pomoże mu się uspokoić, sprawi, że będzie mu lżej - to czemu ma nie płakać? Nie chcę, żeby wyrósł na chłopca, a potem na mężczyznę, który tłumi w sobie emocje tylko dlatego, że powszechnie uważa się, iż mężczyzna musi być twardzielem z trzydniowym zarostem i ostro zarysowaną szczęką, najlepiej z blizną pod okiem - bo to takie męskie. Nie chcę, żeby emocje narastały w nim i narastały, aż do niekontrolowanego wybuchu... 

2. "Słuchaj mamy, bo inaczej Cię ze sobą zabiorę!"

Tekst, który sprawia, że w mgnieniu oka wzrasta mi ciśnienie, a uszami idzie para! Nie potrzebuję takiego "wsparcia"! Nie zgadzam się na straszenie mojego dziecka! Nie, nie, nie! Nikt nie ma prawa zasiewać w dziecku strachu, że za jego nieodpowiednie zachowanie - mama po prostu pozwoli mu odejść z kimś obcym! I do tego nieodpowiednie często w oczach osoby postronnej! Która np. mija nas w sklepie, a my - akurat - prowadzimy jakieś negocjacje.

3. "Nie dasz rady..."

Być może... Może faktycznie coś mu się nie uda albo nie wyjdzie tak, jakby się chciało! Ale nie zniechęcaj dziecka do działania! Nie wyręczaj go! Może potrzebuje więcej czasu? Może ma inną metodę? Może - zwyczajnie - sam powinien przekonać się, że powinien poprosić o pomoc? Motywuj - nie zniechęcaj! Dawaj wiarę - nie podcinaj skrzydeł! Pochwal, gdy coś się uda. Powiedz, że jesteś dumna/dumny! Daj konstruktywną radę, jeśli uznasz, że coś mogło udać się lepiej. A na koniec - przybij piątkę! :) 

4. "Bądź grzeczny!"

I tu przydałaby się definicja słowa "grzeczny".  Słowa, które czasem - przyznaję - wymyka się i mnie. Ale - co ono oznacza dla Dziedzica? Pewnie tyle co nic, bo... to czysta abstrakcja! Dlatego - zamiast mówić "bądź grzeczny", wolę konkretnie określić zachowanie, które chciałabym uzyskać. Dziedzic płacze? Mówię, żeby się uspokoił, że płacz niczego nie rozwiąże - trzeba porozmawiać. Dziedzic krzyczy? Mówię, żeby poszedł do swojego pokoju, że nie będziemy na siebie krzyczeć. Wracamy do tematy, gdy emocje "się wykrzyczą". Dziedzic skacze po łóżku? Mówię, żeby tego nie robił i tłumaczę dlaczego. Niech wie! Niech ma świadomość DLACZEGO tak nie można. I niech nie traci czasu na interpretację znaczenia słowa "grzeczny".

5. "Ojjj przestań! Przecież nie boli!" vs. "O matko!"

Dwie skrajnie różne, ale jednakowo irytujące reakcje... Albo robienie z "igieł-wideł", albo bagatelizowanie tego, że dziecko np. coś boli... A ja... staram się znaleźć złoty środek... Staram się nie panikować - żeby Dziedzicowi nie udzielił się mój strach. Ale też nie wmawiam mu, że nic się nie stało - gdy widzę, że np. upadek był bolesny. Przytulam, oglądam, uspakajam, pozwalam się wypłakać. Na koniec daję magicznego, leczącego buziaka i... zazwyczaj wszystko "złe" przechodzi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z poważniejszymi sytuacjami - dzięki Bogu - rzadko mamy do czynienia. Choć w tym roku raz wylądowaliśmy na SOR-ze z przygryzionym językiem, drugim razem serce zamarło mi w chwili, gdy zauważyłam, że Dziedzic spada ze zjeżdżalni. Mimo, że byłam kilka kroków od niego - nie mogłam zrobić nic, żeby go uchronić przed bolesnym skutkiem... Z dumą przyznać muszę, że... zachowałam zimną krew. Ale ile łez wylałam, gdy Dziedzic smacznie już spał, a ja mogłam przestać tłumić emocje - to wiem tylko ja... i Tutuś...

Reakcja "O matko!" To reakcja mojej Mamy... ;)  Dziedzic to jej oczko w głowie, więc gdy tylko kwęknie słychać babcine "O matko", a zaraz potem tupot stóp - to Babcia pędzi na ratunek... :) Teraz Dziedzic mówi: "To niiiic, Babcia!" Ale gdy był młodszy - reagował na ten nagły zryw - równie nagłym, przeraźliwym płaczem - często zupełnie nieadekwatnym do sytuacji (np. gdy zbił szklankę albo talerzyk). Na szczęście Babcia dała się wyedukować - coraz rzadziej "sieje" panikę ;)

Tych "złotych tekstów" pewnie znalazłoby się jeszcze kilka, ale - póki co - nic więcej nie przychodzi mi  do głowy :)


Wkrótce na świecie pojawi się Okruszek... Zacznie się "sezon" na teksty pod kryptonimem "dobra rada" ;)

Tylko cierpliwość i poczucie humoru będą mogły nas uratować ;)

Pozdrawiam Was weekend'owo! :)


czwartek, 17 listopada 2016

Czy to bajka... Czy nie bajka...?

Mamy taki wieczorny rytuał... 
Pewnie Was nie zaskoczę - jestem przekonana, że wieczory innych rodziców tuż przed zaśnięciem ich pociech wyglądają bardzo podobnie :)

Domyślacie się, o co chodzi? Hmmmm? 

No tak! Ten rytuał to czytanie bajek na dobranoc :)

W naszej domowej biblioteczce mamy spory wybór książeczek dla dzieci.
Niektóre są kupione niedawno, inne należały wcześniej do dzieci moich sióstr, są też takie, które pamiętają dzieciństwo moje i Tutusia (choć ten wniósł w "posagu" głównie komiksy ;) )
Dziedzic codziennie wybiera sobie bajkę, którą chce usłyszeć przed snem. 

Do najbardziej lubianych należy "Królewna Śnieżka", w moim odczuciu doskonale służąca do rozmów na temat tego, że od obcych nie można niczego brać - Śnieżka wzięła jabłko i wiadomo, co było dalej... ;)


Na czasie jest książeczka Astrid Lindgren pod tytułem "Ja też chcę mieć rodzeństwo" - porusza ona nie tylko kwestie dotyczące plusów posiadania brata lub siostry, ale też te mniej przyjemne "akcenty": mamę, która dużo czasu poświęca nowemu członkowi rodziny; płaczące niemowlę; małego rozrabiakę, który zabiera starszakowi zabawki, problem irytacji i zazdrości starszaka. Treść zdecydowanie dedykowana Dziedzicowi, który zaraz będzie tego wszystkiego doświadczał na swojej skórze :)



Oczywiście wzięciem cieszą się wszelkie książeczki, których bohaterami są auta maści wszelakiej. Tutaj prym wiedzie trzymająca w napięciu historia wyścigu Grand Prix, której głównym bohaterem jest Zygzak McQuinn i jego najlepszy przyjaciel, Złomek (zwany przez Dziedzica Ziomkiem ;) ).

Ostatnio ze sterty książek Dziedzic wybrał takie, co do których mam wątpliwości, czy w ogóle powinnam mu je czytać. Pierwsza z nich to zbiór baśni... No kurcze - już same ilustracje mogą być dla dziecka przerażające, skoro nawet ja z niesmakiem na nie patrzę... 

Wpadła w nasze łapki również książeczka pod tytułem "Bajki o wesołych pojazdach" - taki zbiór krótkich opowiadań o różnego typu pojazdach: od aut po... rakiety. Tylko tytuł mylący - bo spis treści skupia się raczej na tych "złych" cechach bohaterów ;) Jest "Zarozumiały autobus" i "Zazdrosny kabriolet", i "Nieuczciwa taksówka", nie ma za to jakiejś pouczającej pointy... :/ Ale ilustracje są ładne, kolorowe ;)



Największy problem mam z... baśniami... Kto z nas się na nich nie wychowywał? Będąc dzieckiem na pamięć znałam "Jasia i Małgosię", "Dziewczynkę z zapałkami", "Czerwonego Kapturka"... Wtedy nie wydawały mi się straszne - z tego też powodu zastanawiam się, czy czasami trochę nie przesadzam... A może treść tych baśni była mi przedstawiana w mniej drastyczny sposób? Może celowo omijane były (lub przeinaczane) te trudne tematy? Ciągle zapominam o to zapytać moich rodziców.

No bo tak - w "Czerwonym Kapturku" dzielny leśniczy NA ŻYWCA! rozcina brzuch śpiącemu wilkowi, wyciąga z niego - całe i zdrowe - Babcię i Kapturka, po czym zaszywa kamienie! I czeka, aż wilk skona w męczarniach, po czym... obdziera go ze skóry... No straszne! :/


Albo baśń o wdzięcznym tytule "Gęsiarka"... Kto zna?

Królewna wędruje wraz ze swą służącą daleko, daleko - na dwór młodego królewicza, który ma ją pojąć za żonę... Na skutek różnych okoliczności, które pominę, królewna i służąca zamieniają się rolami. Żeby królewicz nie dowiedział się, jaka jest prawda, służąca podająca się za księżniczkę każe ściąć ukochanego, gadającego ludzkim głosem konia prawdziwej królewny, a jego łeb... powiesić u bram królestwa... No straszne to - zwłaszcza, że głowa martwego konia nadal... gada! Ilustracja do tej baśni nie pozostawia nic wyobraźni - jest po prostu... makabryczna...


W ten oto sposób "Najpiękniejsze baśnie braci Grimm"... powędrowały do pudła na strychu... Naprawdę nie mam ochoty po nie sięgać... :/

"Branie" mają też te mniej standardowe książeczki :) 
Nasze tegoroczne odkrycie to książka z latarką "Ukryj i znajdź" - Dziedzic spędza nad nią naprawdę długie... minuty (o godzinach można pomarzyć ;) ), a i my sami z przyjemnością ją odkrywaliśmy zaraz po zakupie ;) Moje wprawne oko dopatrzyło się niestety kilku błędów ortograficznych w treści, np. "nietoperz" przez "ż", ale ja pod tym względem czepialska jestem, więc nie chciałabym nikogo zniechęcać ;)


Druga książka, która okazała się hitem to "Moje pierwsze odkrycia".


Tekstu pisanego - jak na lekarstwo. Ale kolorowych obrazków - całe mnóstwo! Tworzymy do nich takie historie, że ho ho! A przy okazji Dziedzic poznał kolory, kształty i... nadal ćwiczy liczenie :)


Ponadto po książce można pisać zmywalnym flamastrem - bez żadnych konsekwencji ;) Potem wystarczy przetrzeć stronę miękką, suchą szmatką - i jest jak nowa :)


W najbliższym czasie planuję zakup książek z cyklu "... Na ulicy Czereśniowej". Są to obrazkowe książki, na stronach których wiele się dzieje :) Można trenować oko i zadawać dziecku zagadki "Gdzie jest pies?" Można ćwiczyć liczenie "Ile kotów widzisz?" I oczywiście można puszczać wodze wyobraźni tworząc historie opisujące konkretne ilustracje :)

Do tej pory z serii ukazały się książeczki dotyczące 4 pór roku, nocy oraz... wielkiego gotowania.
Ja... zacznę chyba od tej ostatniej ;) Intuicja podpowiada mi, że może ona przypaść do gustu Dziedzicowi ;)

środa, 16 listopada 2016

Najlepsi! Od lat! :)

Gdy ktoś mi mówi, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje - mówię, że widocznie jestem wyjątkiem od reguły ;)

Bo wiem, że istnieje - inaczej być nie może, skoro moja przyjaźń z Panem M. trwa już naście lat :)

On był świadkiem na naszym ślubie, ja - świadkową na Ich. 

Ich... bo los sprawił, że Pan M. pojął za żonę Panią R., a ja - w pakiecie - zyskałam Przyjaciółkę! :)

I choć widzimy się "tylko" kilka razy w roku, bo dzielą nas setki kilometrów, to jesteśmy na bieżąco, wiemy co się u nas dzieje, możemy na siebie liczyć :)

"Bo w prawdziwej przyjaźni nie chodzi o to, aby być nierozłącznym, ale o to, aby rozłąka nic nie zmieniła." 

Wspólnie mnożymy radości i dzielimy smutki :)

Wczoraj - dość spontanicznie - zaprosiłam Tych Dwoje na mini-sesję zdjęciową. 
W ciągu kilkunastu minut, tuż za naszym płotem - powstały zdjęcia.

Tak wyjątkowe, jak oni :)
 





Jak widać jesień - pomimo chłodu i kaprysów - może być piękna, gdy ogrzewa się uczuciem... :)