poniedziałek, 28 listopada 2016

Koszmar mojego dzieciństwa...

Mądrego podręcznika na temat zasad żywienia - nie wymyślę... :)
Zresztą - po co? Wszystkie chyba już powstały ;)

Ale na temat żywienia mam swoje przemyślenia, które biorą się z moich doświadczeń. 
Z doświadczeń nie tylko osoby dorosłej - ale i dziecka. 

Złotą zasadą mojego dzieciństwa - nie wiem, czy panującą tylko w moim rodzinnym domu, czy też powszechną w ogóle - była zasada "Grube to zdrowe"...
Jako dziecko byłam zatem... przekarmiana... Niestety...
Do niejadków raczej nie należałam - do dziś pamiętam swoją miłość do... parówek i soków BoboFruit :)
Mimo to moja Mama, którą - żeby nie było wątpliwości - szanuję i kocham, wkładała we mnie masę jedzenia... :/

Najgorzej wspominam obiady. Uwaga - będzie drastycznie ;)
Zupa podawana była na specjalnym talerzu - na jego dnie był rysunek kotów siedzących na murku porośniętym jakimiś zielonymi chabaziami z pomarańczowymi kwiatkami...
Nienawidziłam tego talerza... wszystko przez to, że... MUSIAŁAM jeść, dopóki "kotki" nie będą widoczne dla oka... Masakra...
Do dziś pamiętam, jak płakałam z radości, gdy talerz się potłukł... :) Miałam wtedy może 4 lata... Nie pamiętam, kto zawinił, komu wypadł z rąk - pamiętam dziką radość i satysfakcję, jaką odczuwałam na samą myśl, że już nie będę musiała oglądać znienawidzonego obrazka :)

Gdy jeść nie chciałam - wtedy Mama przystawiała taboret do szafki i... karmiła mnie nad zlewem... Pod brodą lądowała ściereczka - żeby ubrania nie zachlapać i... łyżka za łyżką - zupa trafiała do buzi... 
Bo trzeba zjeść, bo to obiad...
"Za mamusię... Za tatusia... Za babcię..."

Dzięki Bogu moje starsze Siostry starały się mnie chronić przed takimi metodami karmienia, toczyły boje z Mamą i to chyba dzięki nim dziś nie mam zaburzeń żywieniowych...

Nie pamiętam już, kiedy postanowiłam, że gdy będę miała dziecko - na pewno nie będę go karmić w ten sposób... Nie wiem, ile mogłam mieć wtedy lat. Dawno to było :)
Od samego początku bycia Musią solennie hołduję tej zasadzie. 
W tygodniu o brzuszek Dziedzica dba przedszkole. Dostaje śniadanie, obiad złożony z dwóch dań i podwieczorek. Czasami zjada wszystko, czasem mówi, że czegoś nie zjadł, bo mu nie smakowało. Często podkrada swojej koleżance, Oliwce, mięsko z talerza. Tzn. zawsze pyta - podobno - czy może ;) Najczęściej dojada jeszcze po przyjściu do domu :)



W weekendy, kiedy jesteśmy wszyscy w domu - obowiązują nas zasady przy stole :)

RAZEM jemy główne posiłki - śniadania, obiady i kolacje. Lubimy celebrować te chwile, nie śpieszymy się, jemy i rozmawiamy. 
Staram się, żeby na stole - zwłaszcza jeśli chodzi o śniadania i kolacje - pojawiały się rozmaite smakołyki. 
Jest półmisek z wędlinami i serami, dżem, jajka, półmisek warzyw. 
Każdy sięga po to, na co ma ochotę. Każdy ma wybór - co i ile zje. 
Na stole jest korowód smaków i kolorów - wiadomo przecież, że najpierw "jemy oczami" ;)

Obiady są z reguły bardziej planowane :) 
Zasada jest jedna - mają smakowicie wyglądać i pięknie pachnieć :)
Rzadko jemy obiady dwudaniowe. Jeśli jest zupa - to zazwyczaj z "mięsną wkładką", a jeśli tej nie ma (w sensie "wkładki") - no to wtedy na stół wjeżdżają jakieś placuszki, które Dziedzic i Tutuś uwielbiają :) Naleśniki, drożdżowe racuszki, placki z jabłkiem lub ziemniaczane... Pod tym kątem bywa kreatywnie ;)

Nigdy nie wymagam od Dziedzica, żeby z jego talerza znikało WSZYSTKO, co na nim jest. 
Ma zjeść tyle, żeby czuł się najedzony. Jeśli na talerzu jest mięso, ryż i surówka, a Dziedzic postanowi zjeść tylko ryż i trochę surówki - nie dramatyzuję :) To jego decyzja. Nie usłyszy ode mnie: "Zjedz mięsko - zostaw ziemniaczki" ;)

Babcia ma z tym zdecydowanie problem... Uważa, że Dziedzic jest blady i chudziutki :) Przy każdej wizycie u lekarza zadaje mi pytanie, czy pediatra nic na ten stan rzeczy nie mówi... :)

No nie mówi - bo Dziedzic nie odbiega od norm siatki centylowej :)
Jest zdrowy, ma siłę i energię do zabawy, nauki i... rozrabiania, więc nie ma co siać paniki.

Pamiętam, jak kiedyś Tutuś jadł śledzie z cebulką. Dziedzic miał może 2,5 roku. Podszedł do stołu, popatrzył na tutusiowe jedzenie i mówi: "Daj!" No to Tutuś śledzika na widelec i hop - do dzioba Dziedzicowi :) Ten zrobił skwaszoną minę (w ciąży z Dziedzicem na zapach ryb mdlałam), ale dzielnie przegryzł kawałek i przełknął. Widząc to Tutuś pyta: 
"- I co? Dobre?"
"- Nooo, dooobleee!" - z entuzjazmem odpowiada Dziedzic, klepiąc się przy tym po brzuszku.
"-Chcesz jeszcze?"
"- NIE!" :D - pada stanowcza, zdecydowanie za szybka odpowiedź ;)

Oprócz samego jedzenia - Dziedzic uwielbia brać udział w przygotowywaniu posiłków :)
Zna przepis na naleśniki - zawsze to On szykuje składniki, które pomagam mu odmierzyć. 
Dziedzic wszystko umieszcza w misce, a potem miksuje. 
Jeszcze nie smaży -ale... wszystko przed nim ;)
Słodkości też piecze :)



Gdy robimy leczo lub pizzę (ostatnio hitem są drożdżowe, "pizzowe" muffinki) - Dziedzic odwala połowę roboty :) Kroi składniki - paprykę, cukinię, kiełbaskę, oliwki (tutaj trzeba być ostrożnym, bo... połowa ląduje w miseczce, druga zaś - w dziedzicowym brzuszku), ogórki. Pomaga zagniatać ciasto (choć nie lubi mieć brudnych rąk) i niecierpliwie czeka, kiedy w końcu wyrośnie. Robi to z wielkim zapałem. Z równie wielką przyjemnością zjada to, co wspólnymi siłami udało nam się w kuchni "wyczarować".


Za wielki sukces uważam to, że Dziedzic je bardzo różnorodnie. 
Kocha brokuły, marchewkę (zarówno gotowaną, jak i surową - ta druga opcja wygrywa nawet z chipsami czy chrupkami), czarne oliwki. Gdy był młodszy - jadł cebulę niczym jabłko - wystarczyło obrać i dać do łapki :) Uwielbia cytrynę, banany, jabłka i gruszki, że o "wi-o-glonach zez pestek" nie wspomnę ;) 
Nie unika nowości - gdy na stole pojawia się coś nowego, z góry tego nie przekreśla - tylko próbuje, żeby się przekonać, czy rzecz jest warta zainteresowania, czy jednak nie :)
Być może ta kulinarna odwaga to jedna z cech Dziedzica. Być może są to skutki dawania mu od samego początku "wolnego wyboru" co do jedzenia. Ciężko stwierdzić ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz