sobota, 31 grudnia 2016

Witaj 2017! ;)

2017!

A pamiętacie, jak w 2000 miał być koniec świata??? ;) 

Dobrze, że nie było, bo od tamtego czasu dużo się wydarzyło - i złego, i dobrego - ale na brak nudy raczej nie można było narzekać :)

Za kilka godzin pożegnamy rok 2016...
Jaki był?

Zaczął się dla nas szampańską zabawą w doborowym towarzystwie... :D


To była szalona noc! 


Treningi z Ewką (wiadomo z którą) zaowocowały brakiem zadyszki w trakcie zabawy i brakiem zakwasów na drugi dzień! ;) 

Dziedzic nie miał tak kolorowo - dla niego 2016 rozpoczął się grypą żołądkowo-jelitową, którą zresztą hojnie podzielił się z bliską i dalszą rodziną ;)

Siedzę, piszę, myślę i dziwię się, jak szybko ten rok minął...

Zrealizowaliśmy w jego trakcie kolejne marzenia - i te duże, i te całkiem maleńkie :)
Pokonaliśmy trochę trudności, jakie czekały na nas po drodze...
Mieliśmy wiele okazji do spotkań z Rodziną i Przyjaciółmi :)

Od maja - czekamy na Nowego Członka Rodziny :) Na naszego Okruszka :) 

To był dobry rok, nawet bardzo! :)

Dziś znów Sylwester - będzie dla nas zupełnie inny niż ubiegłoroczny, bo spędzony we troje (a nawet czworo ;) ), w domowym zaciszu :)


Ubierzemy się pięknie, napalimy w kominku, włączymy muzykę... Może nawet potańczymy? ;)


Przespane jednym ciągiem 7 nocnych godzin dodało mi sił i energii... Nawet coś ekstra na wieczór ukitrałam - drożdżowe muffinki ala pizza właśnie wyjęliśmy z piekarnika! :D Dziedzic - oczywiście - dzielnie mi pomagał :)


Jedyna noc w roku, podczas której bezsenność może okazać się całkiem ok! ;) :D

Tuż przed północą wyjdziemy przed dom. Na przywitanie nowego, 2017 roku.
Pełni nadziei na to, że będzie jeszcze lepszy niż ten, który żegnamy... :)


Drodzy Czytelnicy!
Z całego serca życzę Wam, abyście w Nowym Roku byli okazami zdrowia!
Abyście odnaleźli to, co sprawi, że będziecie maksymalnie szczęśliwi: miłość, przyjaźń, sukces zawodowy...  
Wybierzcie coś dla siebie :)
A tym, którzy już odnaleźli swoje prywatne szczęście - życzę, aby je stale pomnażali!
I jeszcze samych oddanych Przyjaciół!
I motywacji oraz odwagi do spełniania nawet najbardziej szalonych marzeń!

Wszystkiego najwspanialszego na 2017 rok!!!

piątek, 30 grudnia 2016

Tęsknić - rzecz ludzka ;)

Tęsknota...
Jedno z uczuć... które jest trudno jednoznacznie określić...

Można się w jakimś sensie do niej przyzwyczaić. Można ją nawet polubić - zwłaszcza wtedy, gdy wiemy, że ma ona swój kres...

Słowo "tęsknię" pojawia się u nas ostatnio bardzo często.

Każde z nas tęskni za czymś innym...

Ja na przykład tęsknię obecnie za rzeczami przyziemnymi ;)

Za snem...
 Chciałabym - tak jak kilka miesięcy temu - przyłożyć głowę do poduszki i obudzić się dopiero rano. Zdziwiona, że to już ;)
Bezsenność jest mega męcząca... Dziewiąty miesiąc ciąży dokucza, jak nie wiem... Najpierw przez "x" czasu próbuję ułożyć się wygodnie, a gdy już mi się to uda (a przynajmniej przez chwilę mam wrażenie osiągnięcia sukcesu) pęcherz przekonuje, że "natentychmiast" muszę do łazienki ;) I walka zaczyna się od początku :)

Tęsknię na spaniem na brzuchu...
 I tak sobie myślę, że za jakieś 6-8 tygodni będzie to nawet możliwe :D

Tęsknię za samodzielnością i brakiem zależności od innych :)
 Założenie skarpetek albo zapięcie kozaków jest dla mnie obecnie niczym wejście na Kilimandżaro! ;) A przede mną pozostały jakieś 3-4 tygodnie - więc będzie jeszcze trudniej... :)

Za wiosną jeszcze tęsknię...
 - jak zwykle o tej porze roku ;) Taką pełną słońca, z ciepłymi dniami, zielenią młodej trawy i liści, z zapachem wilgotnej ziemi... Z kwitnącymi sadami...


I za smakiem piwa z sokiem malinowym ;)

Tutuś rzadko mówi o swoich tęsknotach - wiecie, pewnie dlatego, że to w jego przekonaniu niemęskie ;)

Ale ostatnio powiedział, że marzy mu się taki jeden późny, letni wieczór. Gdy dzieci pójdą już spać, a my będziemy mogli we dwoje usiąść na tarasie i po prostu popatrzeć w gwieździste niebo... :)


 Hmmm... Lubię to! ;) Ciekawe, czy w przyszłym roku uda nam się to wcielić w życie ;)

Najwięcej tęsknot i tęsknotek ma obecnie Dziedzic. Gdy jest w przedszkolu - tęskni za nami. Gdy jest z nami - tęskni za przedszkolem i kolegami... Tęsknota za nami przybrała olbrzymie rozmiary - do tego stopnia, że Dziedzic płakał w przedszkolu. Łzy zdarzały mu się na samym początku edukacji przedszkolnej - raptem przez dwa dni...


Wtedy to było dla nas naturalne i szybko przeszło. Teraz - problem powrócił... Pewnie ma to związek z tym, że pół listopada i większą część grudnia Dziedzic siedział w domu - bo ciągle coś: katar, kaszel, wymioty itp. ... Zaczęliśmy się przejmować sytuacją. Nasze zatroskane miny to jednak nie było nic dobrego. Dziedzic tęsknił bardziej i bardziej - już wieczorem, w półśnie mówił, że jutro będzie tęsknił i płakał... Dopiero po rozmowie z nauczycielką olśniło nas, że trzeba zmienić strategię. Wszystko wskazywało bowiem na to, że Dziedzic dostrzegł emocje - i to, jak można je wykorzystywać. A my - wpadliśmy w tę pułapkę :)


Zmieniliśmy swoje podejście. Gdy mówi, że będzie tęsknił i płakał - my odpowiadamy, że w tęsknocie nie ma nic złego, że my też tęsknimy za nim w ciągu dnia, ale żadne z nas nie płacze - bo przecież po południu na pewno się spotkamy, spędzimy razem wieczór itd. Dziedzic nie wiedział jak zareagować na te nasze nowe argumenty. Był zdziwiony: gdzie podziały się nasze smutne miny? W końcu - gdy zorientował się, że jego strategia została obalona, stwierdził, że... tęskni za Babcią ;) Wyczuł podatny grunt ;)

Z niecierpliwością Dziedzic oczekuje Okruszka. Ma w tym swój cel... Tęskni za czasami, gdy jeździliśmy razem na rowerze, gdy mogłam go podnosić i podrzucać lub robić "samolot".


Już wkrótce wszystko to będzie możliwe ;)

poniedziałek, 26 grudnia 2016

... i po Świętach ;)

Najedzeni? Czy przejedzeni? ;)
Kto dostał wymarzony prezent? A kto rózgę? Przyznać się! :D ;)

W tegoroczne Święta zbyt mocno się nie napracowałam. 
Kolację Wigilijną zjedliśmy u nas w domu - tak jest odkąd Dziedzic pojawił się na świecie :)
Jest nas trochę, więc dzielimy się tym, co kto przygotuje. Tak jest prościej - gdy zjawią się wszyscy najbliżsi jest nas prawie 20 osób :) Są wśród nas specjaliści od śledzi, pierogów, smażonej ryby, czerwonego barszczu ;)
W tym roku niestety nie udało się spotkać w komplecie - ale tak czy siak przy wigilijnym stole zasiadło 12 osób :)
P.S. Kompot zszedł na pniu ;) Na I dzień Świąt został tylko jeden 1,5-litrowy dzbanek ;)

Gdy w Wigilię na stół wjeżdża ciacho i filiżanki z kawą/herbatą - dla wszystkich jest to znak, że... za chwilę pojawią się prezenty! Każdy z nas - duży czy mały - lubi ten moment :) W każdym z nas budzi się wtedy wewnętrzne dziecko :) 

Ktoś nagle znika z towarzystwa - w tym roku pod pretekstem wyprowadzenia psa ;) 
Wtem słychać dzwonek... Dzieciaki biegną do drzwi, dostrzegają na podwórku sylwetkę Świętego Mikołaja... 


No taki gapa w tym roku nas odwiedził, że zanim trafił do salonu, to obszedł pół domu - chłopcy przez okno pokazywali mu, jak trafić do drzwi tarasowych... ;)

Święty Mikołaj przekroczył w końcu próg. 


I przyniósł ze sobą moc prezentów :) I jeszcze więcej humoru i radości! Wybuchom śmiechu nie było końca! :D


Marzenie Dziedzica - to zawarte w liście do Świętego Mikołaja - zostało spełnione ;)
Pół pokoju zajmuje tor Tomka i Przyjaciół ;)
A nocny mrok rozprasza delikatne światło Cotton Ball Lights :) Są piękne, a przy tym praktyczne - i to na pewno nie jest ostatni  komplet, jaki rozgościł się w naszym domu ;) Teraz, gdy Dziedzic przebudzi się w nocy i zatęskni za nami - już nie woła Tutusia. Wśród nocnej ciszy rozlega się tupot jego bosych stópek, po chwili Dziedzic pakuje się pod naszą kołdrę, wtula się i z błogim uśmiechem na ustach śpi nadal - jakby nigdy nic! ;) :D


Dostał też kilka innych prezentów, które sprawiły mu dużo radości :) Wśród nich - dwie świetne gry planszowe - które pozwalają nam spędzić czas na super zabawie we troje :D
 
Świąteczny czas dobiega końca :)
Wieczór spędzam pod kocykiem... 
Obok Dziedzic i Tutuś... 
Okruszek buszuje radośnie w swoim M1... 
Cisza i spokój... 

Żadne prezenty nie są w stanie konkurować z TAKIM szczęściem...   



sobota, 24 grudnia 2016

"Gdy choinka jest...

...żadnych smutków - tylko wszędzie śnieg..."

Nooo - z tym śniegiem to na potrzeby postu... ;)
Bo nie ma nawet pół płatka...

A szkoda - bo choć zima nie jest moją ulubioną porą roku, to ze względu na Dziedzica przekonałam się do białego puchu i mrozu ;)

Dziś na własnej skórze przekonaliśmy się, czym jest MAGIA ŚWIĄT! :)

Ku naszemu zaskoczeniu - zupełnie nieoczekiwanie - dostaliśmy jeden z najpiękniejszych prezentów pod choinkę! :D O ile nie najpiękniejszy!

Jaki?

Nie ma nic wspanialszego, jak otworzyć drzwi domu i zobaczyć przed nimi tych NAJ!  :D
Tych, którzy mieli pojawić się dopiero po narodzinach Okruszka :)
Którzy - przez większość roku - są setki kilometrów od nas :)

Pisałam wczoraj, że byłam baaardzo grzeczna w tym roku!
To prawda - inaczej przecież nie dostałabym takiego Prezentu! :D

Do tego Państwo S. przywieźli ze sobą Bonus! ;) Niejakiego Pana R.!
Pan R. to taki Ktoś, kogo spotykasz zupełnym przypadkiem i masz wrażenie, że znasz od lat :)

Bywa uszczypliwy, czasem "skomplikowany" - ale naprawdę da się lubić! ;) :P

Dziedzic - w siódmym niebie! Dwóch Wujków do podrzucania pod sufit? To jest coś!
Ale Panowie - nie osiadajcie na laurach, bo gdy zapytałam Dziedzica, który Wujek fajniejszy, odparł, że "Obaj fajni, ale ciocia Lenia najfajniejsza!"
Także tego - "Dziedzic wie!" :D

I wiecie co? Mamy w tym roku zupełnie wyjątkową choinkę!
Ubieraną przez trzy Elfy - pod czujnym okiem wybitnego stylisty choinek ("leci na okno", "te światełka są "na kupie" - weź je rozsuń", "o! teraz może być"). :D I nie - wcale nie ja tym stylistą byłam. Ja tam sobie cichutko siedziałam, przywdziana nadal w "skórę" słonio-hipopotama" ;) :D

Z całego serca dziękuję Wam za pomoc! Bez Was byłabym w czarnej... no wiecie, gdzie! ;) :)




Kochani! Mam nadzieję, że rozgardiasz, jaki zastaliście w naszym domu, wcale Was nie przestraszył!
 I że jeszcze zawitacie! :)
Gdybyście pojawili się jakieś pół godziny temu - zastalibyście taki widok :) ;)


Nawet stroiki zdołaliśmy z Dziedzicem wyczarować - i to w niecałe pół godziny! ;) :)




Lubię ten wieczór przed Wigilią... Światełka choinkowe iskrzą, choinka pachnie, z radia sączą się dźwięki zarezerwowane na TEN czas... (Dziedzic poszedł spać, więc w końcu mogą - bo wcześniej w kółko "Ghost Town" na zmianę z "Bałkanicą" i "Rudą" - co tańczy jak szalona ;) ) Co rok te same hity, ale co tam! ;)

Wszystko pozapinane na ostatni guzik - jutro zaczniemy świętowanie :) Będzie głośno, wesoło, radośnie... Rodzinnie! :)
To nasze ostatnie Święta we trójkę - w przyszłym roku będzie jeszcze głośniej, weselej i radośniej :)

czwartek, 22 grudnia 2016

Komu, komu???


Chętnie podzielę się z Wami przepisami na świąteczny kompot z suszu i na ciasto herbatnikowe - bez pieczenia! :D

Ale to zaraz :)
 
Jak tam, Kobietki? Pewnie u Was podobnie jak u mnie - pełne ręce roboty! :)

Biegany (a raczej "turlany" ;)) dzień dziś miałam. Ostatnie zakupy zrobione - jutro czeka nas wyprawa po najpiękniejszą choinkę. I po koszulę dla Tutusia... Wiecie jak to jest - pytany, czy ma się w co ubrać niezmiennie odpowiada, że owszem! Że niczego nie potrzebuje! Aż tu nagle! Bang! Pusta szafa! ;) I tak za każdym razem - aż dziw, że wciąż się daję na to nabierać! ;) 

I nawet u fryzjera dziś byłam! Ruda jestem, że hej! ;)

Sama się sobie dziwię, jak to się stało, że rozgościłam się wieczorem w kuchni - powinnam zrobić to dopiero jutro! :) Po jakichś 45 minutach zaczęłam tego kroku żałować, bo kręgosłup przypomniał bólem, iż dźwiga nadprogramowe 10 kg - ale skoro wszystko było już w toku - to dokończyłam, co rozbabrałam :)

Od czterech lat hitem naszych Świąt Bożego Narodzenia jest kompot z suszu. Generalnie nigdy za nim nie przepadałam - aż  do czasu, gdy znalazłam przepis idealny! :) I mamy hit! :D 

Dzielę się przepisem - może ktoś z Was jeszcze skorzysta?

Wystarczy: 20 dag suszonych śliwek, po 10 dag suszonych moreli, jabłek i fig, 5 dag suszonych gruszek, niewielki korzeń imbiru, 1 pomarańcza, 1 cytryna, kardamon, cynamon, goździki i miód - wg uznania. Dla chętnych - można jeszcze dodać cukier waniliowy. 


Wykonanie: susz przepłukać pod bieżącą wodą, wrzucić do garnka, zalać wodą i poczekać aż owoce spęcznieją (czyli jakieś 2-3 godziny). Pomarańczę, cytrynę i imbir pokroić w plastry - dodać do suszu. Dopełnić garnek wodą i gotować. Wsypać przyprawy. Gotować aż do wrzenia - uważając, aby owoce się nie rozpadły. Na sam koniec - posłodzić kompot miodem. 


Uprzedzam lojalnie - zapach jest obłędny, a kompot znika w "okamgnieniu" - jest przepyszny zarówno w wersji na gorąco - jak i schłodzony. Zawsze gotuję dwa gary - największe, jakie posiadam :) Mimo to w drugi dzień Świąt jego smak jest tylko miłym wspomnieniem - wtedy nie ma już nawet kropli ;) Aha! Tak wyśmienicie smakuje tylko w Święta - taka magia! ;)


W międzyczasie wyczarowałam glazurę do oblania pierników :D Tak, tak - elfy chciały zdobić je lukrem, ale przekonałam je, że czekoladowa glazura + cukrowe posypki to lepszy pomysł ;) Głównie dlatego, że Dziedzic miał łatwiej się z nimi obchodzić.


 Pierniczki zdecydowanie zyskały na wyglądzie :) I na smaku! :D



No i ciasto! Zabrałam się za ciasto! :D Podstawa już jest - jutro tylko ubiję śmietanę z serkiem mascarpone i posypię wierzch płatkami migdałów! :)
 I teraz ciekawostka! Z przepisu na to ciasto korzystałam już kilka razy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziś okazało się, że...jest w nim mowa o budyniu! W każdym razie - tu znajdziecie przepis oryginalny: http://www.ewawachowicz.pl/przepisy,96.html
Ja - nie wiedzieć czemu - pomijam budyń, ale ciasto i tak jest przepyszne! Można jeść, jeść i jeść! :) Do tego mega-szybko się je robi :) 

Niedawno zaległam na kanapie - relaksuję się pisząc post i popijając herbatkę z dzikiej róży i hibiskusa :)
Dziedzic odpoczywa słuchając muzyki :) 


Nie przepracowujcie się zbytnio! :)
Do poczytania wkrótce! :D


 

wtorek, 20 grudnia 2016

Różnorodne kolory (i dylematy) rodzicielstwa

Jest takie jedno przysłowie, którego sens dotarł do mnie dopiero wtedy, gdy zostałam Musią... Domyślacie się? 

"Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot"

Przed "erą Dziedzica", gdy ktoś tak właśnie mówił, myślałam sobie, że to przecież bez sensu! Z małym dzieckiem to są dopiero kłopoty: bo nakarm, bo pilnuj, bo przewiń...
O, święta naiwności!

Pojawienie się na świecie Dziedzica szybko zweryfikowało stare powiedzenie, wskazując jednoznacznie na jego słuszność. Patrzyłam na tę małą istotkę i myślałam: "-No tak! Teraz wiem, że nic Ci nie grozi... Wiem, że Ci ciepło, że jesteś nakarmiony i bezpieczny. Ale co będzie, gdy będziesz miał kilka albo naście lat? Jak przeżyję moment, w którym po raz pierwszy przyjdziesz i poprosisz o kluczyki od auta? No nie wiem... Może wtedy zacznę udawać głuchą? Może udam, że mdleję? Coś wymyślę... Mam jeszcze trochę czasu..."

Czas biegnie nieubłaganie szybko... Zanim się obejrzałam Dziedzic - z kruchego noworodka zamienił się w niemowlę, małe dziecko, a potem w rezolutnego przedszkolaka... 


Rodzicielstwo to piękna rzecz. Na pewno nie jestem w tym twierdzeniu osamotniona... Ale nie jest tak, że zawsze jest idealnie... Bo bycie Rodzicem ma jasne i ciemne strony. Jak chyba wszystko w życiu... Rodzicielstwo to mozaika złożona z wielu pięknych chwil. Ale też trudu, wielu egzaminów z cierpliwości, czasami łez - i Dziecka, i Rodzica... Choć te drugie roni się raczej w ukryciu, żeby Dziecko nie widziało, żeby się nie martwiło smutkiem na twarzy najważniejszej dla niego osoby. Zdarzają się duże i małe kłótnie, słowne przepychanki... Negocjacje... Trudne rozmowy, tłumaczenie najprostszych prawd...

Dokładamy wszelkich starań, żeby wychować Dziedzica na dobrego człowieka. Może nie ma wszystkiego, czego zapragnie, ale na pewno staramy się mu dawać to, co najważniejsze: miłość, wsparcie, zrozumienie... Dajemy mu siebie - swój czas, zainteresowanie.


Bardzo chciałabym wychować go na dobrego człowieka. Takiego z silnym kręgosłupem moralnym. Chciałabym zaszczepić w nim odwagę w dążeniu do celu, wiarę we własne możliwości, przekonanie, że każde marzenie jest możliwe do spełnienia... Chciałabym, żeby był tak po ludzku dobry - wrażliwy na krzywdę innych, gotowy do pomocy - zwłaszcza tym słabszym od siebie.


Ale jak tak sobie patrzę na ten świat, na to, co dzieje się dookoła nas - czasami nachodzą mnie wątpliwości, czy to jest na pewno słuszny kierunek... 

Z własnego doświadczenia wiem, że wrażliwcy nie mają łatwo... A gdy do tego są naiwni - tak jak ja - to często niestety dostają po dupie... Wierzyć w dobre intencje wszystkich wokół - to pierwszy krok do tego, żeby wkrótce mieć całe plecy podziurawione od ran zadanych przez osoby, którym się zaufało, a którzy na to zaufanie zupełnie nie zasłużyli...

W jaki sposób wychowywać Dziecko, aby z jednej strony było wrażliwe, z drugiej zaś - odporne na porażki? Co robić, żeby nie brało do siebie słów i opinii innych ludzi - o ile nie jest to konstruktywna krytyka? Żeby nie poddawało się, gdy coś pójdzie nie tak? Żeby porażka nie stanowiła dla Dziecka klęski, tylko była pouczającą historią? Taką, którą można przeanalizować, wyciągnąć wnioski i spróbować jeszcze raz zawalczyć... Jak przygotować je na to, że nie wszyscy mogą mieć wobec niego dobre zamiary? Jak przygotować na słowa, które potrafią zadać ból?

Już od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie - dokąd zmierza ten świat? Świat, w którym ludzie robią krzywdę zwierzętom i sobie nawzajem... Świat, w którym "rodzice" zdolni są do zrobienia krzywdy własnemu Dziecku... Co trzeba mieć w głowie (albo czego w niej brakuje), żeby być zdolnym dotkliwie ranić innych? Nieważne, czy chodzi o przemoc fizyczną, czy psychiczną... 

Ile razy pytałam siebie, gdzie jest ten dobry Bóg? Ten, który widzi wszystko, a mimo to pozwala na okrutne zbrodnie czynione na bezbronnych istotach... I żeby nie było wątpliwości - jestem wierząca, choć do tej wiary nie potrzebuję instytucji kościelnej... Mimo, że czasem mam wątpliwości...


Jedno wiem na pewno - jako Matka już zawsze będę myślała o moim Dziecku... Tak samo jak Tutuś. Wychowamy Dziedzica ( i Okruszka) najlepiej, jak potrafimy... Tak, żeby był dobrym człowiekiem, ale z drugiej strony tak, aby znał swoją wartość i nie dawał się ranić innym. Nie przeżyjemy za niego życia - pozwolimy mu uczyć się na własnych błędach, jednocześnie dając pewność, że może na nas liczyć w każdej - nawet najtrudniejszej sytuacji. Pozwolimy mu na samodzielność.


Mam nadzieję, że wszystko to nam się uda. 
Że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będziemy czuć satysfakcję i dumę z naszych Dzieci. 
Że znajdziemy w nich - w ich życiu i zachowaniu - potwierdzenie tego, że wszelki trud nie poszedł na marne.
 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Pracująca niedziela... :)

Te elfy Świętego Mikołaja - no wiecie, te od kalendarza ;) - to one chyba miały jakąś pomroczność jasną, kiedy miesiąc temu wybierały zadania dla Dziedzica... ;)

Co one złego widziały w słodyczach i drobnych upominkach - ja się pytam? ;)

I czy nie powinny wiedzieć, że pod koniec grudnia, to Musia będzie przypominać krzyżówkę słonia i hipopotama? Wielkość okruszkowego M1 jest dla mnie zaskakująca - do tego stopnia, że cały brzuch mam w siniakach, bo ciągle zapominam, że np. otwierając szafkę powinnam się odsunąć do tyłu. Depilacja nóg przypomina raczej jogę niż prosty zabieg kosmetyczny ;) Aaa - no i nie ma już mowy pochylić się nad talerzem z obiadem - w związku z powyższym talerz mogę sobie stawiać na brzuchu - tak zdecydowanie jest wygodniej - choć mniej stabilnie ;)


Niedziela naprawdę była dla nas pracująca - i nie handel mam na myśli... ;)

Elfy wyznaczyły Dziedzicowi cel - a cel musi być osiągnięty, no bo ten Mikołaj... "-Wiesz, Musia! Wszystkie zadania MUSZĘ zlobić - inaczej Mitołaj nie przyjdzie, nie wejdzie przez tomin i nie będzie plezentów! Dla NI-TO-DO!"

No kurcze - nie ma co ryzykować! Zwłaszcza, że istnieje realna groźba braku prezentów dla CAŁEJ rodziny! ;) A ja byłam naprawdę grzeczna w tym mijającym roku ;) Zasłużyłam na prezent - jak nigdy dotąd! ;) :P

Skumulowały nam się zadania zaplanowane przez elfy na weekend. Wszystko przez to, że w sobotę wpadłam na genialny wręcz pomysł i wybrałam się na zakupy... Oszalałam do reszty - zamiast na spokojnie jechać, pozałatwiać wszystko w tygodniu - no to nie! Trzeba było w sobotę! Na tydzień przed Świętami! Dłużej niż robiłam zakupy stałam w kolejkach do kasy i w korkach, a znalezienie miejsca parkingowego było niczym wygrana w totka! ;)

No! Dlatego wczoraj - mieliśmy leniwy poranek... Ale jak już zjedliśmy śniadanie i ogarnęliśmy przestrzeń wokół siebie - zabraliśmy się za robotę! ;) 

Tutuś zakasał rękawy i majstrował na poddaszu - jeszcze trochę i będziemy mogli się tam naprawdę przeprowadzić! :D Ja dostałam weny i poprałam większość ubranek dla Okruszka... Tyle tego, że spokojnie mogłabym urodzić trojaczki - śpioszków, kaftaników, body, czapeczek i reszty fatałaszków z powodzeniem by dla całej trójki wystarczyło ;) Dziedzic zbudował wieeeelki tor dla pociągów, aż w końcu - mogliśmy spokojnie poświęcić się zadaniom związanym ze Świętami :)

I tak oto spod naszych rąk wyszły 4 bałwanki i jeden Święty Mikołaj :)





Dzięki nim świątecznego wyglądu nabrała dziedzicowa kuchnia :)


A po południu... Otworzyliśmy - jak co roku - domową fabrykę kruchych rogalików nadziewanych różaną marmoladą.


Dziedzic dzielnie odmierzał składniki, miał nawet ochotę wyrabiać ciasto, ale szybko wycofał się z tego pomysłu, bo masło i śmietana były zimne ;) Potem jednak wałkował, wycinał trójkąty z ciasta, nakładał marmoladę i zwijał rogaliki :)



Hmmm... I tylko trochę za szybko te pyszne maluchy znikają z blaszki... Muszę je koniecznie gdzieś skitrać - przed nami wszystkimi ;) Bo inaczej do Świąt nie dotrwa ani jeden :D




sobota, 17 grudnia 2016

Pozwolić MU być TATĄ :)

O Tutusiu dziś będzie :)

O Jego początkach w TEJ roli :)

O udanym debiucie :)

Tak naprawdę Tutuś poczuł się w roli od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy Rodzicami.
Nie opuścił żadnej wizyty u lekarza - zarówno przy Dziedzicu, jak i teraz - przy Okruszku :)
Za każdym razem ze wzruszeniem obserwował na ekranie monitora najmniejszy nawet ruch naszych pociech :)

Cierpliwie spełniał też moje zachcianki - cztery lata temu przywoził do domu tony arbuzów i hektolitry wody mineralnej ;) Teraz - całymi siatami dźwigał świeżą, zieloną paprykę :D A najpierw - musiał znaleźć sklep, który takową miał w sprzedaży - to też wymagało zachodu ;)

Za punkt honoru przyjęłam sobie, że nie będę mamą, która niczym kwoka spędza całe dnie pochylona nad kołyską. Nie oznacza to, że Dziedzic był pozostawiony sam sobie - co to, to nie! Mam na myśli to, że nigdy nie przyszło mi do głowy ograniczać Tutusia w byciu Tutusiem właśnie :)

Przecież nasze dzieci - są nasze! Nie moje! :)

Pamiętam, jak po przywiezieniu nas na salę, na której potem leżeliśmy aż do momentu wyjścia ze szpitala, Tutuś wpatrywał się w śpiącego Dziedzica... Na twarzy - radość! I duma! Tak MUSI wyglądać najwyższy wymiar szczęścia :) Trwał tak bite dwie godziny - a ja, zamiast spać i odpoczywać po wszystkich trudach ostatnich godzin i wydarzeń - z czułością wpatrywałam się w tę scenę. Wyryła mi się chyba w sercu i zostanie tam do końca moich dni... :)


Pamiętam, jak - jeszcze podczas ciąży - mówił, że nie będzie rozpieszczał... Mhm... Już na drugi dzień po pojawieniu się Dziedzica na świecie, trzymając go w bezpiecznych ramionach, szeptem składał obietnice, że będzie miał wszystko, czego zapragnie. Że zawsze będziemy obok, że ma na kogo liczyć. A Dziedzic - jakby rozumiał - błogo uśmiechał się przez sen :)

Dziedzic przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Po którym to ja - dość długo do siebie dochodziłam. W tym czasie ogromnym wsparciem był dla mnie Tutuś...


To ON - kąpał, przewijał, wstawał w nocy, przynosił mi Dziedzica do karmienia.
To ON - pomagał w najprostszych czynnościach, które sprawiały mi trudność - pomagał mi wstawać z łóżka, podawał śniadania/obiadki/kolacje, dalej nosił hektolitry wody - tym razem niezbędnej do prawidłowej laktacji ;)


Nigdy nie poczułam strachu, który kazałby mi pomyśleć, że Tutuś zrobi naszemu maleństwu krzywdę. Bo przecież męskie dłonie takie duże, nieporadne - a Dziedzic malutki, kruchutki, tyci...
Nigdy nie powiedziałam Tutusiowi, że coś robi nie tak - dla mnie samej Dziedzic i jego obsługa była nowością ;) Jakie więc miałabym prawo pouczać Tutusia?


Dzięki temu, że Tutuś angażował się od samego początku - pierwsze chwile macierzyństwa zdecydowanie mnie nie przytłoczyły. Czułam, że nie jestem zdana sama na siebie. Że Tutuś to nie tylko osoba, która dała życie. Że to KTOŚ, kto kocha, dba, troszczy się - na równym poziomie co ja!

Ktoś, kto rozumie, że opieka nad niemowlęciem/małym dzieckiem - to wiele trudu, ale też moc dumy i przyjemności!

Z perspektywy czasu mogę ocenić, że takie podejście przyniosło korzyść nam wszystkim: Dziedzic nigdy nie był "uczepiony" tylko mnie. Kiedy chciałam gdzieś wyjść, spotkać się z koleżankami, jechać na zakupy czy do fryzjera - obywało się bez dramatów: bez dziedzicowego płaczu, czy wymykania się po kryjomu. Przecież obok był Tutuś :) Tak samo działa to w drugą stronę :)
Tutuś jest w oczach Dziedzica kimś w rodzaju superbohatera. Lubi go naśladować, robić z nim różne rzeczy, pytać, gdy czegoś nie wie. Tutuś jest też od tych wszystkich "głupot", do których ja przywykłam,a na które Dziadkowie patrzą z przerażeniem: od podrzucania pod sufit, skakania z pomostu do wody itp. ;)


Oboje jesteśmy dla Dziedzica "na równi" - nie ma tak, że jedno z nas jest w jego oczach lepsze, drugie gorsze. Gdy ma problem - przychodzi z nim do tego z nas, które jest bliżej. Albo do obojga jednocześnie. Wtedy mówi: "- Lodzice! Jest tata jedna splawta" ;) Wie, że może nam powiedzieć o wszystkim, że zawsze wysłuchamy, potraktujemy go poważnie i wesprzemy.

 Z dumą muszę przyznać, że Dziedzic i Okruszek mają Tutusia, który zasługuje na złoty medal!
Mają z kogo czerpać przykład - i mam nadzieję, że kiedyś również będą TAKIMI mężczyznami dla swoich żon (czy partnerek) i TAKIMI Tutusiami dla swoich dzieci :)

wtorek, 13 grudnia 2016

6 tygodni...

... nie mam pojęcia, kiedy to zleciało... 34. tydzień...
Już za chwilę będziemy odliczać dni - a nie tygodnie, jak dotychczas :)


Z jednej strony to jest przepiękny czas. 
Z drugiej - od końca lata marzę o styczniu. 
O momencie, kiedy w końcu zobaczę Okruszka, powitam go na świecie, policzę paluszki u rączek i nóżek, po raz pierwszy spojrzę w malusieńkie ślepka i ucałuję czółko.  O momencie, w którym usłyszę najpiękniejszą melodię - pierwszy krzyk.  O momencie, w którym zyskam pewność, że wszystko poszło dobrze, że Okruszek jest bezpieczny i zdrowy.

I znów będę mogła spać na brzuchu! ;) :D

Ale! Nadszedł czas, kiedy podświadomość dopuszcza do głosu... strach, obawy...

Za pierwszym razem jest inaczej... A przynajmniej u nas tak było.
Miałam wrażenie, że ciąża będzie trwać i trwać. Gdy poczułam pierwsze skurcze - zupełnie je zignorowałam. No bo jak to? To już? Ale kolejne pojawiały się regularnie. I były coraz mocniejsze - nie pozwalały na to, aby nadal ich nie zauważać...

Całą noc raz się kładłam, raz chodziłam w kółko po salonie. W głowie dudniła mi jedna myśl: to dziś!
Dziś zobaczę moje dziecko! 


Tutuś wstał tego dnia jak zwykle rano. Z myślą, że zaraz będzie wychodził do pracy. Celowo go nie budziłam w nocy - jedno z nas musiało być wypoczęte. Spojrzał na mnie i wiedział, że tego dnia sobie nie popracuje... :) Zapytał, co ma robić?
No to ja mu na to - bach! Dokumenty dotyczące odbioru budynku: "- Jedź do Starostwa, złóż dokumenty, załatw odbiór budynku... A jak będziesz wracał, to wstąp do piekarni przy Traugutta i kup mi jagodziankę! Jak nie zjem teraz - to potem już nie zjem na pewno."
Mina Tutusia - bezcenna! :D
Chwilę oponował, ale w końcu się poddał i pojechał zrobić to, o co poprosiłam :)

Ja miałam czas na to, żeby się wykąpać, umyć włosy, ubrać, sprawdzić, czy na pewno wszystko, co powinnam ze sobą zabrać znalazło się w torbie...

W końcu pojechaliśmy do szpitala - wszystko przebiegało książkowo - skurcze pojawiały się coraz częściej, więc gdy odstęp czasowy między nimi zmniejszył się do 5 minut - wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy witać Nowe Życie.

Na miejscu trafiłam na cudowną położną. Opanowaną, spokojną, uśmiechniętą, służącą wsparciem. Wszystko przebiegało dobrze - bolało, ale byłam na to przygotowana (o ile to możliwe - może sobie po prostu wmówiłam, że tak jest) :) Życie stawiało mnie wcześniej w sytuacjach, gdy bolało bardziej...

I nagle zaczyna się dziać coś niepokojącego... Na twarzy położnej dostrzegam mieszane uczucia... Ciągle się do mnie uśmiecha. Mówi, co mam robić, co mogę czuć... Ale oczy... W jej oczach widzę... strach... W końcu mówi do Tutusia, że Dziedzic traci tętno. Pytamy, czy to oznacza CC. Położna głośno mówi: "Nie wiem, o tym musi zadecydować lekarz", jednocześnie porozumiewawczo potakując głową.

Od tej chwili do przeprowadzenia CC mijają 4!!! długie godziny! Lekarz - notabene kobieta - co chwilę przychodzi sprawdzić, czy rozwarcie postępuje... Położna jest coraz bardziej przejęta, a ja... a ja jestem pewna, że dam sobie zrobić wszystko - byle tylko zyskać PEWNOŚĆ, że Dziedzic jest cały i zdrowy.

W końcu zostaję przewieziona na salę operacyjną. Trzęsę się jak galareta - zapewne z nerwów i emocji. Anestezjolog mów do mnie, żebym się uspokoiła, bo nie może się wkłuć, żeby podać znieczulenie dolędźwiowe. No weź i się uspokój...

Drzwi sali operacyjnej otwierają się i... okazuje się, że dyżur rozpoczyna lekarz prowadzący ciążę. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałam, że wszystko będzie dobrze, że jesteśmy w dobrych rękach.

Czas zwalnia. Mam wrażenie, że sekunda to minuta, a minuta to godzina...
Czekam... Czekam na TEN krzyk... Na najpiękniejszą melodię...
Nic innego się dla mnie nie liczy. Jak mantra powtarzam: "Czemu ON nie płacze? Czemu nie płacze?"
Nie wiem, ile to trwa...
I nagle - jest! Płacz! Krzyk! Najpiękniejsze dźwięki chyba dla każdej Mamy! Wszystkie maszyny monitorujące moją wydolność zaczynają pikać jak oszalałe! Po policzkach płyną łzy. Te najpiękniejsze, najbardziej wartościowe - łzy szczęścia! Ktoś mi je ociera wacikiem. Podnoszę wzrok i widzę Panią anestezjolog, która również płacze.


Lekarz żartuje: "Uuuu! Jak Pani Syn nadal będzie tak krzyczał, to sobie w nocy nie pośpimy!", "No co też Pani wyprawia? Przecież sprzęt tego nie wytrzyma!"

Wszystko to dociera do mnie jak przez mgłę. Zupełnie nie myślę o sobie. Odchylam głowę maksymalnie w prawo i do góry. Stamtąd dochodzi do mnie płacz naszego Syna! W końcu mi go przynoszą... Mogę pocałować, zobaczyć. Wiem, że jest silny i zdrowy, że nic mu już nie grozi... Chwilę potem Dziedzic ląduje w bezpiecznych ramionach Tutusia. Ja oddycham coraz spokojniej, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy.


Od kilku tygodni rozmyślam o tym,że wkrótce będą towarzyszyć mi podobne emocje. Tak... boję się... Nie o siebie. Ja sobie dam radę. Boję się powtórki. Tej niepewności, strachu o tę maleńką istotkę. Boję się o zdrowie i życie Okruszka - przed nim najkrótsza, ale totalnie niebezpieczna droga na ten świat...

Mam jeszcze trochę czasu, żeby podjąć decyzję. Przynajmniej wg terminu wyznaczonego przez lekarza - o ile Okruszek się nie pospieszy - jest to jakieś 6 tygodni... Jestem w rozterce... Jutro kolejna wizyta u lekarza... Rozmawiałam z nim już na temat swoich obaw. Rozumie. Nie naciska. Mówi, że mam wybór...  Że na razie Okruszek jest ułożony poprzecznie. Że jeśli nic się nie zmieni - to życie zdecyduje za nas... A w razie czego - mam wybór...

Niezwykle trudny wybór...