wtorek, 13 grudnia 2016

6 tygodni...

... nie mam pojęcia, kiedy to zleciało... 34. tydzień...
Już za chwilę będziemy odliczać dni - a nie tygodnie, jak dotychczas :)


Z jednej strony to jest przepiękny czas. 
Z drugiej - od końca lata marzę o styczniu. 
O momencie, kiedy w końcu zobaczę Okruszka, powitam go na świecie, policzę paluszki u rączek i nóżek, po raz pierwszy spojrzę w malusieńkie ślepka i ucałuję czółko.  O momencie, w którym usłyszę najpiękniejszą melodię - pierwszy krzyk.  O momencie, w którym zyskam pewność, że wszystko poszło dobrze, że Okruszek jest bezpieczny i zdrowy.

I znów będę mogła spać na brzuchu! ;) :D

Ale! Nadszedł czas, kiedy podświadomość dopuszcza do głosu... strach, obawy...

Za pierwszym razem jest inaczej... A przynajmniej u nas tak było.
Miałam wrażenie, że ciąża będzie trwać i trwać. Gdy poczułam pierwsze skurcze - zupełnie je zignorowałam. No bo jak to? To już? Ale kolejne pojawiały się regularnie. I były coraz mocniejsze - nie pozwalały na to, aby nadal ich nie zauważać...

Całą noc raz się kładłam, raz chodziłam w kółko po salonie. W głowie dudniła mi jedna myśl: to dziś!
Dziś zobaczę moje dziecko! 


Tutuś wstał tego dnia jak zwykle rano. Z myślą, że zaraz będzie wychodził do pracy. Celowo go nie budziłam w nocy - jedno z nas musiało być wypoczęte. Spojrzał na mnie i wiedział, że tego dnia sobie nie popracuje... :) Zapytał, co ma robić?
No to ja mu na to - bach! Dokumenty dotyczące odbioru budynku: "- Jedź do Starostwa, złóż dokumenty, załatw odbiór budynku... A jak będziesz wracał, to wstąp do piekarni przy Traugutta i kup mi jagodziankę! Jak nie zjem teraz - to potem już nie zjem na pewno."
Mina Tutusia - bezcenna! :D
Chwilę oponował, ale w końcu się poddał i pojechał zrobić to, o co poprosiłam :)

Ja miałam czas na to, żeby się wykąpać, umyć włosy, ubrać, sprawdzić, czy na pewno wszystko, co powinnam ze sobą zabrać znalazło się w torbie...

W końcu pojechaliśmy do szpitala - wszystko przebiegało książkowo - skurcze pojawiały się coraz częściej, więc gdy odstęp czasowy między nimi zmniejszył się do 5 minut - wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy witać Nowe Życie.

Na miejscu trafiłam na cudowną położną. Opanowaną, spokojną, uśmiechniętą, służącą wsparciem. Wszystko przebiegało dobrze - bolało, ale byłam na to przygotowana (o ile to możliwe - może sobie po prostu wmówiłam, że tak jest) :) Życie stawiało mnie wcześniej w sytuacjach, gdy bolało bardziej...

I nagle zaczyna się dziać coś niepokojącego... Na twarzy położnej dostrzegam mieszane uczucia... Ciągle się do mnie uśmiecha. Mówi, co mam robić, co mogę czuć... Ale oczy... W jej oczach widzę... strach... W końcu mówi do Tutusia, że Dziedzic traci tętno. Pytamy, czy to oznacza CC. Położna głośno mówi: "Nie wiem, o tym musi zadecydować lekarz", jednocześnie porozumiewawczo potakując głową.

Od tej chwili do przeprowadzenia CC mijają 4!!! długie godziny! Lekarz - notabene kobieta - co chwilę przychodzi sprawdzić, czy rozwarcie postępuje... Położna jest coraz bardziej przejęta, a ja... a ja jestem pewna, że dam sobie zrobić wszystko - byle tylko zyskać PEWNOŚĆ, że Dziedzic jest cały i zdrowy.

W końcu zostaję przewieziona na salę operacyjną. Trzęsę się jak galareta - zapewne z nerwów i emocji. Anestezjolog mów do mnie, żebym się uspokoiła, bo nie może się wkłuć, żeby podać znieczulenie dolędźwiowe. No weź i się uspokój...

Drzwi sali operacyjnej otwierają się i... okazuje się, że dyżur rozpoczyna lekarz prowadzący ciążę. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałam, że wszystko będzie dobrze, że jesteśmy w dobrych rękach.

Czas zwalnia. Mam wrażenie, że sekunda to minuta, a minuta to godzina...
Czekam... Czekam na TEN krzyk... Na najpiękniejszą melodię...
Nic innego się dla mnie nie liczy. Jak mantra powtarzam: "Czemu ON nie płacze? Czemu nie płacze?"
Nie wiem, ile to trwa...
I nagle - jest! Płacz! Krzyk! Najpiękniejsze dźwięki chyba dla każdej Mamy! Wszystkie maszyny monitorujące moją wydolność zaczynają pikać jak oszalałe! Po policzkach płyną łzy. Te najpiękniejsze, najbardziej wartościowe - łzy szczęścia! Ktoś mi je ociera wacikiem. Podnoszę wzrok i widzę Panią anestezjolog, która również płacze.


Lekarz żartuje: "Uuuu! Jak Pani Syn nadal będzie tak krzyczał, to sobie w nocy nie pośpimy!", "No co też Pani wyprawia? Przecież sprzęt tego nie wytrzyma!"

Wszystko to dociera do mnie jak przez mgłę. Zupełnie nie myślę o sobie. Odchylam głowę maksymalnie w prawo i do góry. Stamtąd dochodzi do mnie płacz naszego Syna! W końcu mi go przynoszą... Mogę pocałować, zobaczyć. Wiem, że jest silny i zdrowy, że nic mu już nie grozi... Chwilę potem Dziedzic ląduje w bezpiecznych ramionach Tutusia. Ja oddycham coraz spokojniej, a uśmiech nie schodzi mi z twarzy.


Od kilku tygodni rozmyślam o tym,że wkrótce będą towarzyszyć mi podobne emocje. Tak... boję się... Nie o siebie. Ja sobie dam radę. Boję się powtórki. Tej niepewności, strachu o tę maleńką istotkę. Boję się o zdrowie i życie Okruszka - przed nim najkrótsza, ale totalnie niebezpieczna droga na ten świat...

Mam jeszcze trochę czasu, żeby podjąć decyzję. Przynajmniej wg terminu wyznaczonego przez lekarza - o ile Okruszek się nie pospieszy - jest to jakieś 6 tygodni... Jestem w rozterce... Jutro kolejna wizyta u lekarza... Rozmawiałam z nim już na temat swoich obaw. Rozumie. Nie naciska. Mówi, że mam wybór...  Że na razie Okruszek jest ułożony poprzecznie. Że jeśli nic się nie zmieni - to życie zdecyduje za nas... A w razie czego - mam wybór...

Niezwykle trudny wybór...   




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz