Te elfy Świętego Mikołaja - no wiecie, te od kalendarza ;) - to one chyba miały jakąś pomroczność jasną, kiedy miesiąc temu wybierały zadania dla Dziedzica... ;)
Co one złego widziały w słodyczach i drobnych upominkach - ja się pytam? ;)
I czy nie powinny wiedzieć, że pod koniec grudnia, to Musia będzie przypominać krzyżówkę słonia i hipopotama? Wielkość okruszkowego M1 jest dla mnie zaskakująca - do tego stopnia, że cały brzuch mam w siniakach, bo ciągle zapominam, że np. otwierając szafkę powinnam się odsunąć do tyłu. Depilacja nóg przypomina raczej jogę niż prosty zabieg kosmetyczny ;) Aaa - no i nie ma już mowy pochylić się nad talerzem z obiadem - w związku z powyższym talerz mogę sobie stawiać na brzuchu - tak zdecydowanie jest wygodniej - choć mniej stabilnie ;)
Niedziela naprawdę była dla nas pracująca - i nie handel mam na myśli... ;)
Elfy wyznaczyły Dziedzicowi cel - a cel musi być osiągnięty, no bo ten Mikołaj... "-Wiesz, Musia! Wszystkie zadania MUSZĘ zlobić - inaczej Mitołaj nie przyjdzie, nie wejdzie przez tomin i nie będzie plezentów! Dla NI-TO-DO!"
No kurcze - nie ma co ryzykować! Zwłaszcza, że istnieje realna groźba braku prezentów dla CAŁEJ rodziny! ;) A ja byłam naprawdę grzeczna w tym mijającym roku ;) Zasłużyłam na prezent - jak nigdy dotąd! ;) :P
Skumulowały nam się zadania zaplanowane przez elfy na weekend. Wszystko przez to, że w sobotę wpadłam na genialny wręcz pomysł i wybrałam się na zakupy... Oszalałam do reszty - zamiast na spokojnie jechać, pozałatwiać wszystko w tygodniu - no to nie! Trzeba było w sobotę! Na tydzień przed Świętami! Dłużej niż robiłam zakupy stałam w kolejkach do kasy i w korkach, a znalezienie miejsca parkingowego było niczym wygrana w totka! ;)
No! Dlatego wczoraj - mieliśmy leniwy poranek... Ale jak już zjedliśmy śniadanie i ogarnęliśmy przestrzeń wokół siebie - zabraliśmy się za robotę! ;)
Tutuś zakasał rękawy i majstrował na poddaszu - jeszcze trochę i będziemy mogli się tam naprawdę przeprowadzić! :D Ja dostałam weny i poprałam większość ubranek dla Okruszka... Tyle tego, że spokojnie mogłabym urodzić trojaczki - śpioszków, kaftaników, body, czapeczek i reszty fatałaszków z powodzeniem by dla całej trójki wystarczyło ;) Dziedzic zbudował wieeeelki tor dla pociągów, aż w końcu - mogliśmy spokojnie poświęcić się zadaniom związanym ze Świętami :)
I tak oto spod naszych rąk wyszły 4 bałwanki i jeden Święty Mikołaj :)
Dzięki nim świątecznego wyglądu nabrała dziedzicowa kuchnia :)
Dzięki nim świątecznego wyglądu nabrała dziedzicowa kuchnia :)
A po południu... Otworzyliśmy - jak co roku - domową fabrykę kruchych rogalików nadziewanych różaną marmoladą.
Dziedzic dzielnie odmierzał składniki, miał nawet ochotę wyrabiać ciasto, ale szybko wycofał się z tego pomysłu, bo masło i śmietana były zimne ;) Potem jednak wałkował, wycinał trójkąty z ciasta, nakładał marmoladę i zwijał rogaliki :)
Dziedzic dzielnie odmierzał składniki, miał nawet ochotę wyrabiać ciasto, ale szybko wycofał się z tego pomysłu, bo masło i śmietana były zimne ;) Potem jednak wałkował, wycinał trójkąty z ciasta, nakładał marmoladę i zwijał rogaliki :)
Hmmm... I tylko trochę za szybko te pyszne maluchy znikają z blaszki... Muszę je koniecznie gdzieś skitrać - przed nami wszystkimi ;) Bo inaczej do Świąt nie dotrwa ani jeden :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz