Jest takie jedno przysłowie, którego sens dotarł do mnie dopiero wtedy, gdy zostałam Musią... Domyślacie się?
"Małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot"
Przed "erą Dziedzica", gdy ktoś tak właśnie mówił, myślałam sobie, że to przecież bez sensu! Z małym dzieckiem to są dopiero kłopoty: bo nakarm, bo pilnuj, bo przewiń...
O, święta naiwności!
Pojawienie się na świecie Dziedzica szybko zweryfikowało stare powiedzenie, wskazując jednoznacznie na jego słuszność. Patrzyłam na tę małą istotkę i myślałam: "-No tak! Teraz wiem, że nic Ci nie grozi... Wiem, że Ci ciepło, że jesteś nakarmiony i bezpieczny. Ale co będzie, gdy będziesz miał kilka albo naście lat? Jak przeżyję moment, w którym po raz pierwszy przyjdziesz i poprosisz o kluczyki od auta? No nie wiem... Może wtedy zacznę udawać głuchą? Może udam, że mdleję? Coś wymyślę... Mam jeszcze trochę czasu..."
Czas biegnie nieubłaganie szybko... Zanim się obejrzałam Dziedzic - z kruchego noworodka zamienił się w niemowlę, małe dziecko, a potem w rezolutnego przedszkolaka...
Rodzicielstwo to piękna rzecz. Na pewno nie jestem w tym twierdzeniu osamotniona... Ale nie jest tak, że zawsze jest idealnie... Bo bycie Rodzicem ma jasne i ciemne strony. Jak chyba wszystko w życiu... Rodzicielstwo to mozaika złożona z wielu pięknych chwil. Ale też trudu, wielu egzaminów z cierpliwości, czasami łez - i Dziecka, i Rodzica... Choć te drugie roni się raczej w ukryciu, żeby Dziecko nie widziało, żeby się nie martwiło smutkiem na twarzy najważniejszej dla niego osoby. Zdarzają się duże i małe kłótnie, słowne przepychanki... Negocjacje... Trudne rozmowy, tłumaczenie najprostszych prawd...
Dokładamy wszelkich starań, żeby wychować Dziedzica na dobrego człowieka. Może nie ma wszystkiego, czego zapragnie, ale na pewno staramy się mu dawać to, co najważniejsze: miłość, wsparcie, zrozumienie... Dajemy mu siebie - swój czas, zainteresowanie.
Bardzo chciałabym wychować go na dobrego człowieka. Takiego z silnym kręgosłupem moralnym. Chciałabym zaszczepić w nim odwagę w dążeniu do celu, wiarę we własne możliwości, przekonanie, że każde marzenie jest możliwe do spełnienia... Chciałabym, żeby był tak po ludzku dobry - wrażliwy na krzywdę innych, gotowy do pomocy - zwłaszcza tym słabszym od siebie.
Ale jak tak sobie patrzę na ten świat, na to, co dzieje się dookoła nas - czasami nachodzą mnie wątpliwości, czy to jest na pewno słuszny kierunek...
Z własnego doświadczenia wiem, że wrażliwcy nie mają łatwo... A gdy do tego są naiwni - tak jak ja - to często niestety dostają po dupie... Wierzyć w dobre intencje wszystkich wokół - to pierwszy krok do tego, żeby wkrótce mieć całe plecy podziurawione od ran zadanych przez osoby, którym się zaufało, a którzy na to zaufanie zupełnie nie zasłużyli...
W jaki sposób wychowywać Dziecko, aby z jednej strony było wrażliwe, z drugiej zaś - odporne na porażki? Co robić, żeby nie brało do siebie słów i opinii innych ludzi - o ile nie jest to konstruktywna krytyka? Żeby nie poddawało się, gdy coś pójdzie nie tak? Żeby porażka nie stanowiła dla Dziecka klęski, tylko była pouczającą historią? Taką, którą można przeanalizować, wyciągnąć wnioski i spróbować jeszcze raz zawalczyć... Jak przygotować je na to, że nie wszyscy mogą mieć wobec niego dobre zamiary? Jak przygotować na słowa, które potrafią zadać ból?
Już od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie - dokąd zmierza ten świat? Świat, w którym ludzie robią krzywdę zwierzętom i sobie nawzajem... Świat, w którym "rodzice" zdolni są do zrobienia krzywdy własnemu Dziecku... Co trzeba mieć w głowie (albo czego w niej brakuje), żeby być zdolnym dotkliwie ranić innych? Nieważne, czy chodzi o przemoc fizyczną, czy psychiczną...
W jaki sposób wychowywać Dziecko, aby z jednej strony było wrażliwe, z drugiej zaś - odporne na porażki? Co robić, żeby nie brało do siebie słów i opinii innych ludzi - o ile nie jest to konstruktywna krytyka? Żeby nie poddawało się, gdy coś pójdzie nie tak? Żeby porażka nie stanowiła dla Dziecka klęski, tylko była pouczającą historią? Taką, którą można przeanalizować, wyciągnąć wnioski i spróbować jeszcze raz zawalczyć... Jak przygotować je na to, że nie wszyscy mogą mieć wobec niego dobre zamiary? Jak przygotować na słowa, które potrafią zadać ból?
Już od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie - dokąd zmierza ten świat? Świat, w którym ludzie robią krzywdę zwierzętom i sobie nawzajem... Świat, w którym "rodzice" zdolni są do zrobienia krzywdy własnemu Dziecku... Co trzeba mieć w głowie (albo czego w niej brakuje), żeby być zdolnym dotkliwie ranić innych? Nieważne, czy chodzi o przemoc fizyczną, czy psychiczną...
Ile razy pytałam siebie, gdzie jest ten dobry Bóg? Ten, który widzi wszystko, a mimo to pozwala na okrutne zbrodnie czynione na bezbronnych istotach... I żeby nie było wątpliwości - jestem wierząca, choć do tej wiary nie potrzebuję instytucji kościelnej... Mimo, że czasem mam wątpliwości...
Jedno wiem na pewno - jako Matka już zawsze będę myślała o moim Dziecku... Tak samo jak Tutuś. Wychowamy Dziedzica ( i Okruszka) najlepiej, jak potrafimy... Tak, żeby był dobrym człowiekiem, ale z drugiej strony tak, aby znał swoją wartość i nie dawał się ranić innym. Nie przeżyjemy za niego życia - pozwolimy mu uczyć się na własnych błędach, jednocześnie dając pewność, że może na nas liczyć w każdej - nawet najtrudniejszej sytuacji. Pozwolimy mu na samodzielność.
Mam nadzieję, że wszystko to nam się uda.
Że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będziemy czuć satysfakcję i dumę z naszych Dzieci.
Że znajdziemy w nich - w ich życiu i zachowaniu - potwierdzenie tego, że wszelki trud nie poszedł na marne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz