O Tutusiu dziś będzie :)
O Jego początkach w TEJ roli :)
O udanym debiucie :)
Tak naprawdę Tutuś poczuł się w roli od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy Rodzicami.
Nie opuścił żadnej wizyty u lekarza - zarówno przy Dziedzicu, jak i teraz - przy Okruszku :)
Za każdym razem ze wzruszeniem obserwował na ekranie monitora najmniejszy nawet ruch naszych pociech :)
Cierpliwie spełniał też moje zachcianki - cztery lata temu przywoził do domu tony arbuzów i hektolitry wody mineralnej ;) Teraz - całymi siatami dźwigał świeżą, zieloną paprykę :D A najpierw - musiał znaleźć sklep, który takową miał w sprzedaży - to też wymagało zachodu ;)
Za punkt honoru przyjęłam sobie, że nie będę mamą, która niczym kwoka spędza całe dnie pochylona nad kołyską. Nie oznacza to, że Dziedzic był pozostawiony sam sobie - co to, to nie! Mam na myśli to, że nigdy nie przyszło mi do głowy ograniczać Tutusia w byciu Tutusiem właśnie :)
Przecież nasze dzieci - są nasze! Nie moje! :)
Pamiętam, jak po przywiezieniu nas na salę, na której potem leżeliśmy aż do momentu wyjścia ze szpitala, Tutuś wpatrywał się w śpiącego Dziedzica... Na twarzy - radość! I duma! Tak MUSI wyglądać najwyższy wymiar szczęścia :) Trwał tak bite dwie godziny - a ja, zamiast spać i odpoczywać po wszystkich trudach ostatnich godzin i wydarzeń - z czułością wpatrywałam się w tę scenę. Wyryła mi się chyba w sercu i zostanie tam do końca moich dni... :)
Pamiętam, jak - jeszcze podczas ciąży - mówił, że nie będzie rozpieszczał... Mhm... Już na drugi dzień po pojawieniu się Dziedzica na świecie, trzymając go w bezpiecznych ramionach, szeptem składał obietnice, że będzie miał wszystko, czego zapragnie. Że zawsze będziemy obok, że ma na kogo liczyć. A Dziedzic - jakby rozumiał - błogo uśmiechał się przez sen :)
Dziedzic przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Po którym to ja - dość długo do siebie dochodziłam. W tym czasie ogromnym wsparciem był dla mnie Tutuś...
To ON - kąpał, przewijał, wstawał w nocy, przynosił mi Dziedzica do karmienia.
To ON - pomagał w najprostszych czynnościach, które sprawiały mi trudność - pomagał mi wstawać z łóżka, podawał śniadania/obiadki/kolacje, dalej nosił hektolitry wody - tym razem niezbędnej do prawidłowej laktacji ;)
Nigdy nie poczułam strachu, który kazałby mi pomyśleć, że Tutuś zrobi naszemu maleństwu krzywdę. Bo przecież męskie dłonie takie duże, nieporadne - a Dziedzic malutki, kruchutki, tyci...
Nigdy nie powiedziałam Tutusiowi, że coś robi nie tak - dla mnie samej Dziedzic i jego obsługa była nowością ;) Jakie więc miałabym prawo pouczać Tutusia?
Dzięki temu, że Tutuś angażował się od samego początku - pierwsze chwile macierzyństwa zdecydowanie mnie nie przytłoczyły. Czułam, że nie jestem zdana sama na siebie. Że Tutuś to nie tylko osoba, która dała życie. Że to KTOŚ, kto kocha, dba, troszczy się - na równym poziomie co ja!
Ktoś, kto rozumie, że opieka nad niemowlęciem/małym dzieckiem - to wiele trudu, ale też moc dumy i przyjemności!
Z perspektywy czasu mogę ocenić, że takie podejście przyniosło korzyść nam wszystkim: Dziedzic nigdy nie był "uczepiony" tylko mnie. Kiedy chciałam gdzieś wyjść, spotkać się z koleżankami, jechać na zakupy czy do fryzjera - obywało się bez dramatów: bez dziedzicowego płaczu, czy wymykania się po kryjomu. Przecież obok był Tutuś :) Tak samo działa to w drugą stronę :)
Tutuś jest w oczach Dziedzica kimś w rodzaju superbohatera. Lubi go naśladować, robić z nim różne rzeczy, pytać, gdy czegoś nie wie. Tutuś jest też od tych wszystkich "głupot", do których ja przywykłam,a na które Dziadkowie patrzą z przerażeniem: od podrzucania pod sufit, skakania z pomostu do wody itp. ;)
Oboje jesteśmy dla Dziedzica "na równi" - nie ma tak, że jedno z nas jest w jego oczach lepsze, drugie gorsze. Gdy ma problem - przychodzi z nim do tego z nas, które jest bliżej. Albo do obojga jednocześnie. Wtedy mówi: "- Lodzice! Jest tata jedna splawta" ;) Wie, że może nam powiedzieć o wszystkim, że zawsze wysłuchamy, potraktujemy go poważnie i wesprzemy.
Z dumą muszę przyznać, że Dziedzic i Okruszek mają Tutusia, który zasługuje na złoty medal!
Mają z kogo czerpać przykład - i mam nadzieję, że kiedyś również będą TAKIMI mężczyznami dla swoich żon (czy partnerek) i TAKIMI Tutusiami dla swoich dzieci :)
Tak naprawdę Tutuś poczuł się w roli od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy Rodzicami.
Nie opuścił żadnej wizyty u lekarza - zarówno przy Dziedzicu, jak i teraz - przy Okruszku :)
Za każdym razem ze wzruszeniem obserwował na ekranie monitora najmniejszy nawet ruch naszych pociech :)
Cierpliwie spełniał też moje zachcianki - cztery lata temu przywoził do domu tony arbuzów i hektolitry wody mineralnej ;) Teraz - całymi siatami dźwigał świeżą, zieloną paprykę :D A najpierw - musiał znaleźć sklep, który takową miał w sprzedaży - to też wymagało zachodu ;)
Za punkt honoru przyjęłam sobie, że nie będę mamą, która niczym kwoka spędza całe dnie pochylona nad kołyską. Nie oznacza to, że Dziedzic był pozostawiony sam sobie - co to, to nie! Mam na myśli to, że nigdy nie przyszło mi do głowy ograniczać Tutusia w byciu Tutusiem właśnie :)
Przecież nasze dzieci - są nasze! Nie moje! :)
Pamiętam, jak po przywiezieniu nas na salę, na której potem leżeliśmy aż do momentu wyjścia ze szpitala, Tutuś wpatrywał się w śpiącego Dziedzica... Na twarzy - radość! I duma! Tak MUSI wyglądać najwyższy wymiar szczęścia :) Trwał tak bite dwie godziny - a ja, zamiast spać i odpoczywać po wszystkich trudach ostatnich godzin i wydarzeń - z czułością wpatrywałam się w tę scenę. Wyryła mi się chyba w sercu i zostanie tam do końca moich dni... :)
Pamiętam, jak - jeszcze podczas ciąży - mówił, że nie będzie rozpieszczał... Mhm... Już na drugi dzień po pojawieniu się Dziedzica na świecie, trzymając go w bezpiecznych ramionach, szeptem składał obietnice, że będzie miał wszystko, czego zapragnie. Że zawsze będziemy obok, że ma na kogo liczyć. A Dziedzic - jakby rozumiał - błogo uśmiechał się przez sen :)
Dziedzic przyszedł na świat poprzez cesarskie cięcie. Po którym to ja - dość długo do siebie dochodziłam. W tym czasie ogromnym wsparciem był dla mnie Tutuś...
To ON - kąpał, przewijał, wstawał w nocy, przynosił mi Dziedzica do karmienia.
To ON - pomagał w najprostszych czynnościach, które sprawiały mi trudność - pomagał mi wstawać z łóżka, podawał śniadania/obiadki/kolacje, dalej nosił hektolitry wody - tym razem niezbędnej do prawidłowej laktacji ;)
Nigdy nie poczułam strachu, który kazałby mi pomyśleć, że Tutuś zrobi naszemu maleństwu krzywdę. Bo przecież męskie dłonie takie duże, nieporadne - a Dziedzic malutki, kruchutki, tyci...
Nigdy nie powiedziałam Tutusiowi, że coś robi nie tak - dla mnie samej Dziedzic i jego obsługa była nowością ;) Jakie więc miałabym prawo pouczać Tutusia?
Dzięki temu, że Tutuś angażował się od samego początku - pierwsze chwile macierzyństwa zdecydowanie mnie nie przytłoczyły. Czułam, że nie jestem zdana sama na siebie. Że Tutuś to nie tylko osoba, która dała życie. Że to KTOŚ, kto kocha, dba, troszczy się - na równym poziomie co ja!
Ktoś, kto rozumie, że opieka nad niemowlęciem/małym dzieckiem - to wiele trudu, ale też moc dumy i przyjemności!
Z perspektywy czasu mogę ocenić, że takie podejście przyniosło korzyść nam wszystkim: Dziedzic nigdy nie był "uczepiony" tylko mnie. Kiedy chciałam gdzieś wyjść, spotkać się z koleżankami, jechać na zakupy czy do fryzjera - obywało się bez dramatów: bez dziedzicowego płaczu, czy wymykania się po kryjomu. Przecież obok był Tutuś :) Tak samo działa to w drugą stronę :)
Tutuś jest w oczach Dziedzica kimś w rodzaju superbohatera. Lubi go naśladować, robić z nim różne rzeczy, pytać, gdy czegoś nie wie. Tutuś jest też od tych wszystkich "głupot", do których ja przywykłam,a na które Dziadkowie patrzą z przerażeniem: od podrzucania pod sufit, skakania z pomostu do wody itp. ;)
Oboje jesteśmy dla Dziedzica "na równi" - nie ma tak, że jedno z nas jest w jego oczach lepsze, drugie gorsze. Gdy ma problem - przychodzi z nim do tego z nas, które jest bliżej. Albo do obojga jednocześnie. Wtedy mówi: "- Lodzice! Jest tata jedna splawta" ;) Wie, że może nam powiedzieć o wszystkim, że zawsze wysłuchamy, potraktujemy go poważnie i wesprzemy.
Z dumą muszę przyznać, że Dziedzic i Okruszek mają Tutusia, który zasługuje na złoty medal!
Mają z kogo czerpać przykład - i mam nadzieję, że kiedyś również będą TAKIMI mężczyznami dla swoich żon (czy partnerek) i TAKIMI Tutusiami dla swoich dzieci :)

Coś pięknego, kiedy Kobieta, której się przysięgało potrafi nie tylko zająć się Domem, Rodziną i zamknąć się w tylko tym kole, ale jeszcze stworzyć niby zwykły blog, ale pokazujący jak bardzo można kochać i jak tą miłością można się cieszyć !!! Nawiązując do Tacierzyństwa to niestety nie było mi dane zobaczyć jakie to jest uczucie, chociaż przez kilka tygodni już miałem nadzieję, że dostanę tę szansę... Już planowałem jak będzie wyglądał pokój, jakie imię będzie, lecz radość trwała krótko..... Także, gdy widzę i czytam tego bloga to naprawdę na chwilę się wyłączam... Pozdrawiam i przypominam, że numeru nie zmieniłem, Radek niech zadzwoni kilka dni przed porodem, żebyśmy zdążyli się uwolnić od codzienności, a co za tym idzie, żeby Radek zdążył na poród :) Szacun za pomysł, naprawdę fajna sprawa... Pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńZ całego serca - dziękuję. Jestem przekonana, że te najpiękniejsze chwile wciąż przed Tobą. Mocno trzymam za to kciuki!
Usuń