Zbliża się ten najbardziej magiczny czas w roku - Boże Narodzenie :)
Cóż... mam tak, że nie lubię na ostatnią chwilę kupować przypadkowych prezentów dla bliskich.
Wybieranie, przebieranie, szukanie sprawia mi ogromną przyjemność - dlatego celebruję te chwile starając się "wyłuskać" coś wyjątkowego, co da mi pewność, że obdarowana osoba będzie naprawdę zadowolona :)
Czasami robię coś sama - tak było dwa lata temu, kiedy Dziedzic dostał od Świętego Mikołaja własną kuchnię :)
Pomysł na prezent zrodził się z prozaicznej przyczyny - powodowała go troska o moje garnki, które kilka razy dziennie były przez Dziedzica wyciągane z szafki i użytkowane. Wiele z nich zostało obtłuczonych. Zamarzyłam o kupnie nowego kompletu, ale musiałam znaleźć jakiś sposób, aby ten nie był obiektem zainteresowania Syna :)
"Kuchnia!" - pomyślałam - "Dziedzic potrzebuje własnej kuchni! Wtedy moje garnki będą bezpieczne!"
Przejrzałam w Internecie mnóstwo ofert dotyczących kuchni dla dzieci.
Te przystępne cenowo - nie spełniały moich oczekiwań odnośnie wyglądu, wielkości i... trwałości.
Te, które wpadły mi w oko - przekraczały moje możliwości finansowe.
Aż w końcu - zainspirowana kuchniami wykonanymi samodzielnie - postanowiłam zrobić kuchnię dla Dziedzica "temi ręcyma"! ;)
Początkowo Tutuś nie chciał słyszeć o moim pomyśle.
Poszedł w stereotypowe myślenie: "Kuchnia ma być prezentem dla chłopca? No jak to???"
Ugiął się w końcu pod siłą moich argumentów, że "moje garnki trzeba ratować", że "najlepsi kucharze na świecie to mężczyźni" i ostatecznie dzielnie pomagał mi w trudniejszych pracach :)
Najpierw powstał "projekt" - nazwa szumna, bo tak naprawdę był to zwykły szkic wykonany ołówkiem na małej kartce ;)
Potem - rozpoczęło się szukanie odpowiednich - czyli starych i nikomu niepotrzebnych już mebli. W końcu znalazłam właściwe - dolną szafkę ze starego regału wygrzebałam na strychu u mojej Siostry, półkę kupiłam za grosze na OLX :)
Oba meble zostały potraktowane szlifierką/papierem ściernym, odkurzone z pyłu, odtłuszczone, pomalowane farbą akrylową, ozdobione techniką Decoupage i polakierowane :)
Tutuś - za pomocą wsporników - przykręcił półkę do regału, wyciął otwór na "zlew", który stanowi metalowa miska, przymocował kran (pozostałość po remoncie u naszych Przyjaciół), wyciął otwór w drzwiach od piekarnika, w którym to zamontował pleksę oraz zamocował drzwi do szafki zmieniając ich położenie tak, żeby otwierały się do dołu - a nie w bok :)
Piekarnik i płyta kuchenna zostały wyklejone czarną folią samoprzylepną. W piekarniku rozgościła się "kratka" wyjęta ze starej lodówki (docięta na odpowiedni wymiar i przemalowana z białej na srebrną) oraz... światło (okrągła, płaska latarka, mocowana do ścianki na taśmę klejącą, zasilana bateriami AA). Płyta kuchenna otrzymała "palniki" wycięte z filcu oraz pokrętła - zwykłe, czarne uchwyty meblowe :)
Na koniec przykleiłam do kuchni kamyki w kształcie serduszek, powiesiłam zasłonkę, która przesłoniła szafkę i... pomalowałam kuchenną mini-tacę tak, aby pasowała do całości :)
Na koniec przykleiłam do kuchni kamyki w kształcie serduszek, powiesiłam zasłonkę, która przesłoniła szafkę i... pomalowałam kuchenną mini-tacę tak, aby pasowała do całości :)
Tuż przed wręczeniem kuchni Dziedzicowi została ona wyposażona w niezbędne akcesoria: garnki, łyżki, zastawę, warzywa i owoce.
Frajdy przy tym całym przedsięwzięciu miałam co niemiara! :)
Do dziś jestem dumna - zarówno z pomysłu, jak i z uzyskanego efektu końcowego.
Satysfakcję daje mi fakt, że Dziedzic od samego początku jest zafascynowany swoją kuchnią - choć od chwili, gdy ją dostał miną zaraz 2 lata - wciąż gotuje, piecze i serwuje nam i naszym gościom swoje potrawy :)
Największym powodzeniem cieszy się zupa i kasztanowe babeczki ;)
Te poniżej zostały "upieczone" dosłownie przed chwilą: "Uważaj, że są jeszcze golące!" ;)
Te poniżej zostały "upieczone" dosłownie przed chwilą: "Uważaj, że są jeszcze golące!" ;)
Dziedzic czasami pożycza coś z mojej kuchni - ale garnki mają się bezpiecznie ;)
Całkiem niedawno usłyszałam też od Tutusia: "Wiesz? Musze przyznać, że ta kuchnia to był świetny pomysł! Dziedzicowi chyba nigdy się nie znudzi."
Mnie też nie! ;)
Mnie też nie! ;)







Kuchnia Dziedzica rozkłada na łopatki od pierwszej chwili, kiedy ją zobaczyłam... jest cudowna... z perspektywy codziennie gotującej kobiety może jej atrakcyjność traci nieco na wartości, ale mała Sylwia byłaby kiedyś zachwycona, wiem to :)
OdpowiedzUsuńBędę nieskromna, ale muszę przyznać, że ja też tak uważam! :D ;) W dzieciństwie oddałabym za taką wszystkie lalki! :)
UsuńPamiętam historię TEJ kuchni!!!!! niesamowite, że Dziedzic tak ją pokochał i tyle czasu "z nią" spędza.
OdpowiedzUsuńDziękuję za zaproszenie do grona czytelników :-)
Iza - ja chyba intuicyjnie czułam, że kuchnia będzie trafionym prezentem :)
UsuńI to ja dziękuję, że tu jesteś! *