To, że jest nas troje - to już wiecie :) To, że wkrótce będzie nas więcej - też :) Ale... tak naprawdę jest nas obecnie sześcioro! Jak to możliwe? Ano tak, że do naszej rodziny należą jeszcze trzy "kudłacze" :)
Ale powoli! :)
Odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu były zwierzęta. Moje Siostry wychowywały się z papużkami, rybkami, chomikami, psami i kotami. Za moich czasów (jestem najmłodsza - różnica między mną a rodzeństwem to... naście lat ;) ) papużki, rybki i koty nie miały miejsca. Ale za to zawsze był pies, ze dwa razy miałam chomika i raz świnkę morską - przez krótki czas nawet dwie naraz :)
Od zawsze wiedziałam, że gdy kiedyś założę rodzinę - na pewno znajdzie się w niej miejsce dla zwierzaków.Tylko czekałam, kiedy z 18-metrowej, wynajmowanej kawalerki przeprowadzimy się na wieś - do Naszego Wymarzonego Domu. Wiedziałam, że niedługo później dołączy do nas jakiś czworonóg :) U mojej Siostry czekał już na nas puchaty lokator - dzika kotka, Lusia, która dała się oswoić, przekonała się do człowieka i w zamian za swą kocią przyjaźń oczekiwała jedynie ciepłego kąta i miseczki z jedzeniem. Nooo - drapankiem za uchem też nie gardziła ;) Lusia - bezzębna, schorowana, doświadczona przez bezdomne życie - była z nami prawie dwa lata. Odeszła do lepszego świata - po cichutku, we śnie. Nigdy jej nie zapomnimy - choć była zwykłym dachowcem, dla nas była wyjątkowa.
Do tej pory wspominamy ją z łezką w oku...
Plan idealny zakładał, że pojawi się pies. We właściwym czasie... Kiedy będzie tego czasu więcej, kiedy Dziedzic będzie już trochę większy - tak. żeby mogli być nieodłącznymi kumplami :) Rasa - wybrana dawno temu. Berneński pies pasterski. O taaaak! Plan był! :) I się zmył :) Bo... zadzwoniła moja Przyjaciółka: "Jechałam trasą i prawie rozjechałam psią rodzinkę! One nie mogą tam zostać. Ja nie mogę ich przygarnąć... Pomożesz?" Pomogłam. Wsadziłam Dziedzica do samochodu, obok wrzuciłam koci kenel i pojechałam po psiaki. Na miejscu okazało się, że jest psia mama i troje szczeniąt - cała czwórka potwornie bała się człowieka. Mieszkały w krzakach nieopodal ruchliwej trasy. Gdy tylko podjechałam na miejsce - całe to towarzystwo prysnęło - każde w innym kierunku. Najpierw zeszłam razem z 2-letnim wówczas Dziedzicem do rowu, z którego po kolei wyłowiłam przerażone, wyjące szczeniaki. Dwa z nich zapakowałam do kenela - trzeci niestety się nie zmieścił ;) Gdy maluchy były już w środku - ich zmęczona, głodna mama weszła do auta zupełnie sama. Drżała z przerażenia, ale nie miała innego wyjścia - musiała mi zaufać.
Gdy przyjechaliśmy do domu prezentowaliśmy sobą widok nędzy i rozpaczy.
Sunia - nadal przerażona - za nic w świecie nie chciała wyjść spod samochodu.
Szczenięta trafiły do garażu - nadal piszczące i wystraszone.
A ja - ubłocona, z kolcami dzikiej róży w ubraniu i źdźbłami trawy we włosach, trzymając Dziedzica za rękę, z radosną miną powiedziałam do Tutusia: "Tadaaaam! Rodzina nam się powiększyła!"
Dla Tutusia psiaki były - zaraz po Lusi - pierwszymi zwierzakami w jego życiu. Okazało się, że szczenięta to jeden on i dwie one. Do niego szybko przylgnęło nowe imię - Lord. Generalnie na wszystko i wszystkich patrzył z góry - ważne, żeby miał miskę z jedzeniem i ciepło w tyłek. Reszta była nieistotna :) One były zdecydowanie bardziej płochliwe - gdy tylko któreś z nas pokazało się w garażu - każda wciskała się w swój kącik, dokładnie tak, jakby marzyła, żeby nikt jej tu nie znalazł.
Tego samego dnia, w którym psia rodzina zaczęła okupować nasz garaż zapadła decyzja, że mama maluchów zostaje u nas. Na zawsze! Urzekła nas - swoją łagodnością, tym, jak bardzo musiała być dzielna, żeby nam zaufać. Dostała nowe imię - Neska - i zaczęła nowe życie. Szybko uwolniliśmy ją od dwójki dzieci. Lord w niecały tydzień później trafił do nowego domu. Zaraz potem w dobre ręce trafiła jedna z jego sióstr - ta trochę odważniejsza :) Trzecia z rodzeństwa - najmłodsza, najdelikatniejsza, najbardziej nieśmiała, uciekająca przed obcymi - końcem końców została u nas. Ma na imię Inka. Szybko okazało się, że dobra z niej aktoreczka - dziś nie ma śladu po jej nieśmiałości, jest królową podwórka i potrafi sterroryzować swoją mamę - zwłaszcza podczas jedzenia.
Kilka razy żałowałam tej decyzji i przeklinałam swoją wrodzoną naiwność. Za pierwszym razem - gdy Inka skopała nam całe podwórko. Pokopała takie doły, że do dziś nie wiem, jak to zrobiła! Za drugim razem - zechlała mi moje piękne dwa rododendrony. Za trzecim - zjadła moje nowe skórzane sandałki - ale w sumie to też moja wina, bo zapomniałam je schować do domu. Obie bestie - jak je pieszczotliwie nazywamy ;) - mają jednak jedną cudowną cechę, która pomaga zapomnieć o wszelkich wadach - kochają Dziedzica! :)
W czerwcu ubiegłego roku do psiej ferajny dołączyła kicia. Oficjalnie ma na imię Moko, ale - w zależności od sytuacji - mówimy o niej Kita, Ruda albo Sierściuch ;) Taki kot wielu imion ;) Moko wybierana była długo i dokładnie - miała spełniać dwa kryteria: być nią i być ruda :) Dodatkowo - ponieważ Neska wybrała sobie na pana - Tutusia, a Inka - Dziedzica - kot miał być mój. I jest! :) Głównie dlatego, że go karmię ;)
Na samym początku drżeliśmy o małe, kocie życie, a w głowach roiły nam się wizje tego, jak to Moko staje się przekąską naszych psów. Ruda nic sobie z tego nie robiła - od samego początku swego istnienia żyła z psami, więc przyglądała się nam i naszym działaniom najpierw ze zdziwieniem, a potem z irytacją. Oswajaliśmy je ze sobą powoli. Inka załapała szybciej niż Neska, że kot to kumpel - nie smakołyk :) Nesce zabrało to więcej czasu, ale - udało się! Dziś to kot rządzi psami - taki herszt bandy! :)
Na razie - więcej czworonogów i futrzaków pewnie u nas nie zagości - przy takiej gromadce jest co robić :) Nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich nie być - są częścią nas :) Któregoś dnia podsunęłam Dziedzicowi pod nos zdjęcie Berneńczyka i rozmarzonym głosem zagaiłam: "Spójrz! Ładny? Może kiedyś sobie takiego kupimy?" Na co moje mądre dziecko odparło: "Ale mamo! Piechów się nie tupuje! Je się spotyka! I zabiela ze sobą do domu! I są naszą lodziną!" Taki mały - a tak dużo wie! I czuje! <3






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz