wtorek, 25 października 2016

Kapryśna Pani Jesień

Generalnie lubię jesień... 
Najbardziej wtedy, gdy ubiera się w swoją najpiękniejszą złoto-czerwono-pomarańczową sukienkę :) 
I gdy otula się miękkim blaskiem promieni słonecznych :) 
W ubiegłym roku czułam się przez nią rozpieszczana - z olbrzymią przyjemnością korzystaliśmy z jej uroków. Często bywaliśmy w ulubionym parku, pełnym starych kasztanowców i kaczek :)




































Tegoroczna jesień niestety chyba nie spakowała do swojej walizki wspomnianej wyżej kreacji... 
Zupełnie jakby nie wiedziała, że nie do twarzy jej w kaloszach i z parasolem ;) 
Czasami i taka pogoda ma swoje plusy: kubek parującej herbaty z malinami i cytryną + cieplutki kocyk + dobra książka... i można żyć! ;)

Nie można zapomnieć o pięknej końcówce września, która bardziej przypominała lato niż jesień. 
Ojjjj - park wtedy cały był nasz! ;) 
A ile kasztanów przytargaliśmy z tych spacerów! 
Dziedzic teraz bez opamiętania piecze w swojej kuchni (której poświęcę osobny wpis, z racji tego, że jest ona - mówiąc nieskromnie - zupełnie wyjątkowa i niepowtarzalna) kasztanowe babeczki :)





Ale! Chyba w niedzielę Pani Jesień wyczuła świąteczny klimat i... dała odpocząć od deszczu i wiatru :) Co skrzętnie wykorzystaliśmy udając się na dłuuuuugiiii spacer po okolicznych łąkach, które zachwyciły nas swoimi kolorami :) Spacer sprawił przyjemność i nam, i naszym kudłatym towarzyszkom :) Nigdy nie zapomnę ich pierwszego "spaceru" - na sam widok smyczy w ręku Neska uciekała do budy i za nic w świecie nie można jej było z niej wyciągnąć. Wtulała się w najgłębszy kąt i drżała ze strachu. Inka skrupulatnie naśladowała zachowanie swojej mamy. Potem było już tylko lepiej - małymi kroczkami nauczyliśmy obie bestie, że spacer jest fajny. I że po każdym wraca się do domu :) Teraz widok smyczy w naszych dłoniach wywołuje u nich zgoła inną reakcję - bestie biegną pod furtkę, siadają na zadkach i czekają na założenie obroży :) Ale na spacerach obie są zupełnie inne: Neska idzie ZAWSZE przy nodze - nie ciągnie, nie węszy - NIC. Inka - ciągle czegoś szuka, wpada w wysokie trawy, biega. Prześmiesznie to wygląda - jakby poważna matka wyszła na spacer z niesforną nastolatką ;)






Drodzy Czytelnicy... mam nadzieję, że tu zaglądacie :) Żeby poczytać :) Albo choć zerknąć na zdjęcia :)
Zapraszam serdecznie - rozgośćcie się ;) :) Wkrótce pojawię się znów! ;) Do poczytania zatem! :)

poniedziałek, 17 października 2016

Nasza rodzina :)

To, że jest nas troje - to już wiecie :) To, że wkrótce będzie nas więcej - też :) Ale... tak naprawdę jest nas obecnie sześcioro! Jak to możliwe? Ano tak, że do naszej rodziny należą jeszcze trzy "kudłacze" :)

Ale powoli! :)

Odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu były zwierzęta. Moje Siostry wychowywały się z papużkami, rybkami, chomikami, psami i kotami. Za moich czasów (jestem najmłodsza - różnica między mną a rodzeństwem to... naście lat ;) ) papużki, rybki i koty nie miały miejsca. Ale za to zawsze był pies, ze dwa razy miałam chomika i raz świnkę morską - przez krótki czas nawet dwie naraz :)

Od zawsze wiedziałam, że gdy kiedyś założę rodzinę - na pewno znajdzie się w niej miejsce dla zwierzaków.Tylko czekałam, kiedy z 18-metrowej, wynajmowanej kawalerki przeprowadzimy się na wieś - do Naszego Wymarzonego Domu. Wiedziałam, że niedługo później dołączy do nas jakiś czworonóg :) U mojej Siostry czekał już na nas puchaty lokator - dzika kotka, Lusia, która dała się oswoić, przekonała się do człowieka i w zamian za swą kocią przyjaźń oczekiwała jedynie ciepłego kąta i miseczki z jedzeniem. Nooo - drapankiem za uchem też nie gardziła ;) Lusia - bezzębna, schorowana, doświadczona przez bezdomne życie - była z nami prawie dwa lata. Odeszła do lepszego świata - po cichutku, we śnie. Nigdy jej nie zapomnimy - choć była zwykłym dachowcem, dla nas była wyjątkowa. 
Do tej pory wspominamy ją z łezką w oku...


Plan idealny zakładał, że pojawi się pies. We właściwym czasie... Kiedy będzie tego czasu więcej, kiedy Dziedzic będzie już trochę większy - tak. żeby mogli być nieodłącznymi kumplami :) Rasa - wybrana dawno temu. Berneński pies pasterski. O taaaak! Plan był! :) I się zmył :) Bo... zadzwoniła moja Przyjaciółka: "Jechałam trasą i prawie rozjechałam psią rodzinkę! One nie mogą tam zostać. Ja nie mogę ich przygarnąć... Pomożesz?" Pomogłam. Wsadziłam Dziedzica do samochodu, obok wrzuciłam koci kenel i pojechałam po psiaki. Na miejscu okazało się, że jest psia mama i troje szczeniąt - cała czwórka potwornie bała się człowieka. Mieszkały w krzakach nieopodal ruchliwej trasy. Gdy tylko podjechałam na miejsce - całe to towarzystwo prysnęło - każde w innym kierunku. Najpierw zeszłam razem z 2-letnim wówczas Dziedzicem do rowu, z którego po kolei wyłowiłam przerażone, wyjące szczeniaki. Dwa z nich zapakowałam do kenela - trzeci niestety się nie zmieścił ;) Gdy maluchy były już w środku - ich zmęczona, głodna mama weszła do auta zupełnie sama. Drżała z przerażenia, ale nie miała innego wyjścia - musiała mi zaufać. 
Gdy przyjechaliśmy do domu prezentowaliśmy sobą widok nędzy i rozpaczy. 
Sunia - nadal przerażona - za nic w świecie nie chciała wyjść spod samochodu. 
Szczenięta trafiły do garażu - nadal piszczące i wystraszone. 
A ja - ubłocona, z kolcami dzikiej róży w ubraniu i źdźbłami trawy we włosach, trzymając Dziedzica za rękę, z radosną miną powiedziałam do Tutusia: "Tadaaaam! Rodzina nam się powiększyła!"

















Dla Tutusia psiaki były - zaraz po Lusi - pierwszymi zwierzakami w jego życiu. Okazało się, że szczenięta to jeden on i dwie one. Do niego szybko przylgnęło nowe imię - Lord. Generalnie na wszystko i wszystkich patrzył z góry - ważne, żeby miał miskę z jedzeniem i ciepło w tyłek. Reszta była nieistotna :) One były zdecydowanie bardziej płochliwe - gdy tylko któreś z nas pokazało się w garażu - każda wciskała się w swój kącik, dokładnie tak, jakby marzyła, żeby nikt jej tu nie znalazł.

Tego samego dnia, w którym psia rodzina zaczęła okupować nasz garaż zapadła decyzja, że mama maluchów zostaje u nas. Na zawsze! Urzekła nas - swoją łagodnością, tym, jak bardzo musiała być dzielna, żeby nam zaufać. Dostała nowe imię - Neska - i zaczęła nowe życie. Szybko uwolniliśmy ją od dwójki dzieci. Lord w niecały tydzień później trafił do nowego domu. Zaraz potem w dobre ręce trafiła jedna z jego sióstr - ta trochę odważniejsza :) Trzecia z rodzeństwa - najmłodsza, najdelikatniejsza, najbardziej nieśmiała, uciekająca przed obcymi - końcem końców została u nas. Ma na imię Inka. Szybko okazało się, że dobra z niej aktoreczka - dziś nie ma śladu po jej nieśmiałości, jest królową podwórka i potrafi sterroryzować swoją mamę - zwłaszcza podczas jedzenia.

Kilka razy żałowałam tej decyzji i przeklinałam swoją wrodzoną naiwność. Za pierwszym razem - gdy Inka skopała nam całe podwórko. Pokopała takie doły, że do dziś nie wiem, jak to zrobiła! Za drugim razem - zechlała mi moje piękne dwa rododendrony. Za trzecim - zjadła moje nowe skórzane sandałki - ale w sumie to też moja wina, bo zapomniałam je schować do domu. Obie bestie - jak je pieszczotliwie nazywamy ;) - mają jednak jedną cudowną cechę, która pomaga zapomnieć o wszelkich wadach - kochają Dziedzica! :)






































W czerwcu ubiegłego roku do psiej ferajny dołączyła kicia. Oficjalnie ma na imię Moko, ale - w zależności od sytuacji - mówimy o niej Kita, Ruda albo Sierściuch ;) Taki kot wielu imion ;) Moko wybierana była długo i dokładnie - miała spełniać dwa kryteria: być nią i być ruda :) Dodatkowo - ponieważ Neska wybrała sobie na pana - Tutusia, a Inka - Dziedzica - kot miał być mój. I jest! :) Głównie dlatego, że go karmię ;)

Na samym początku drżeliśmy o małe, kocie życie, a w głowach roiły nam się wizje tego, jak to Moko staje się przekąską naszych psów. Ruda nic sobie z tego nie robiła - od samego początku swego istnienia żyła z psami, więc przyglądała się nam i naszym działaniom najpierw ze zdziwieniem, a potem z irytacją. Oswajaliśmy je ze sobą powoli. Inka załapała szybciej niż Neska, że kot to kumpel - nie smakołyk :) Nesce zabrało to więcej czasu, ale - udało się! Dziś to kot rządzi psami - taki herszt bandy! :)
















Na razie - więcej czworonogów i futrzaków pewnie u nas nie zagości - przy takiej gromadce jest co robić :) Nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich nie być - są częścią nas :) Któregoś dnia podsunęłam Dziedzicowi pod nos zdjęcie Berneńczyka i rozmarzonym głosem zagaiłam: "Spójrz! Ładny? Może kiedyś sobie takiego kupimy?" Na co moje mądre dziecko odparło: "Ale mamo! Piechów się nie tupuje! Je się spotyka! I zabiela ze sobą do domu! I są naszą lodziną!" Taki mały - a tak dużo wie! I czuje! <3

poniedziałek, 3 października 2016

#Czarny Protest

Jestem kobietą. Jestem mamą. Jestem żoną, córką, siostrą, przyjaciółką. Mam rozum, którego nie boję się używać. Życie obdarzyło mnie cudem posiadania dzieci - wymarzonych, chcianych, kochanych. ZDROWYCH!!! Jeden cud ma 4 lata i wypełnia moje dni po brzegi. Drugi - dopiero przyjdzie na świat - już wkrótce. To, że nigdy nie zostałam wykorzystana seksualnie, że moje dzieci są zdrowe, a ciąża nie zagrażała i nie zagraża mojemu istnieniu - nie oznacza, że upoważniona jestem do patrzenia wyłącznie na czubek własnego nosa!

Ten przydługi wstęp prowadzi do jednego - do wyrażenia MOJEGO zdania na temat "nowej" ustawy antyaborcyjnej.

NIE JESTEM zwolenniczką aborcji na żądanie. Tłumaczenia typu "przydarzyło się, a nie chcę, nie jestem gotowa" - nie trafiają do mnie zupełnie. Masz głowę - używaj jej. Nie jesteś gotowa? Zadbaj o antykoncepcję. Koniec! Ale!

Nie wymagajmy od ŻADNEJ Kobiety, aby zdecydowała się urodzić dziecko, które będzie przypominać jej o gwałcie! Nie każda z nas gotowa jest pokochać takie dziecko, nie doszukiwać się w nim cech i podobieństwa do oprawcy. Urodzić po to, aby nienawidzić? Aby oddać do Domu Dziecka? Aby... zabić...?

Nikt nie ma prawa żądać, aby Kobieta nie podejmowała decyzji o przerwaniu ciąży, gdy dowiaduje się, że jej dziecko posiada wady, które nie pozwolą mu żyć... Wady, które doprowadzą do jego śmierci chwilę po narodzinach. Urodzić, aby szybko umieścić w trumience i - po uiszczeniu właściwej opłaty księdzu - złożyć małe ciałko na cmentarzu, pozostając z traumatycznym widokiem zdeformowanego dzieciątka do końca życia?

Nikt nie może wymagać, aby Kobieta dokonywała wyboru pomiędzy życiem swoim, a życiem płodu, jeśli ciąża zagraża matce... Kto ją zastąpi dzieciom, gdy jej zabraknie? Ciocia, babcia? Sąsiadka? Jeśli któraś z nas świadomie podejmie ryzyko - należy wspierać i wierzyć, że wszystko zakończy się dobrze. Ale niech to będzie WŁASNY, NIEPRZYMUSZONY wybór!

Jeśli rządzący chcą NARZUCAĆ swoje przekonania, ideologie całemu społeczeństwu - bo przed wyborami coś obiecali instytucjom pro-life i kościelnym - to chyba coś z nimi nie tak! Zadbajcie najpierw o ważniejsze kwestie: hospicja perinatalne, właściwą opiekę dla kobiet, które straciły dzieci, opiekę psychologów, domy dziecka, opiekę dla dzieci niepełnosprawnych. Zaostrzcie prawo karne dla gwałcicieli i pedofili.

Nikomu nie życzę niczego złego... Ale... Co zrobisz Ty, który popierasz "nową" ustawę antyaborcyjną, gdy to Twoja żona, córka, siostra, przyjaciółka znajdzie się w jednej z tych trzech powyższych sytuacji??? Czy nadal będziesz ślepo wierzył w nieludzkie zapisy ustawy? Jak bardzo trzeba nienawidzić kobiet, żeby chcieć skazać je na powrót do średniowiecza?

Punkt widzenia - zależy od punkty siedzenia. Nie bądźmy obojętni!