piątek, 24 lutego 2017

4 pytania, które mogą zirytować ;)

Kiedyś pisałam, że pewnie wraz z pojawieniem się Okruszka na świecie, rozwiąże się worek pełen dobrych rad. 
Nie miałam racji.
 Widać przy drugim dziecku otoczenie traktuje mamę i tatę jak specjalistów w dziedzinie opieki nad noworodkiem i dobre rady już nie są udzielane tak chętnie i szczodrze, jak przy pierwszym potomku. 
W końcu pierworodny nadal jest: ma dwie ręce, dwie nogi, głowę pełną pomysłów i buzię, która się nie zamyka, więc RACZEJ wiedzieliśmy co i jak ;) 
Jest szansa - nawet spora - że przy drugim będzie równie dobrze, jak nie lepiej ;)

Ale! Zamiast dobrych rad - pojawiają się pytania. A śpi w nocy? A najada się? A na pewno masz tłusty pokarm? A pupa nie odparzona? A płacze? :)

Na większość odpowiadam cierpliwie i wyczerpująco.
 Zwykle pytają najbliżsi. Robią to z troski - to jasne :)

Ale są też takie pytania, które mnie mega irytują! Ciekawi? Oto i one!

1. Nie dałaś rady urodzić?
No nie dałam! :)
 O zgrozo - nawet nie próbowałam (tym razem). 
Bo teraz moje ambicje związane z porodem naturalnym okazały się stać w hierarchii niżej od zdrowia Okruszka. Ci, którzy czytali wcześniejsze posty wiedzą, co było podstawą podjęcia decyzji o planowanym CC. Gdybym miała cofnąć czas - decyzja byłaby taka sama. Okruszek pojawił się na świecie nie zmęczony kilkunastoma godzinami porodu, które - w ocenie lekarza i położnych - i tak nie przyniosłyby oczekiwanego rezultatu. 
  
2. To kiedy dziewczynka?
Kiedyś marzyło mi się mieć troje dzieci.
 Kiedyś.
 Dawno. 
Już zdążyłam zapomnieć, zmienić zdanie i w ogóle.
 Mam dwóch CUDOWNYCH, WYJĄTKOWYCH Synów! Nie zamieniłabym ich na nikogo innego!
Nie pytajcie mnie więc - zwłaszcza w ich obecności - kiedy dziewczynka!!! 
Nie planujemy powiększenia składu latorośli o płeć żeńską, sztuk jeden. Chyba, że życie nas zaskoczy i... zdecyduje za nas. Bo i tak czasem bywa :) Ale - czy ktoś mi da gwarancję, że wówczas będzie ONA? Biorąc pod uwagę statystyki - marne szanse ;)  A spać z patelnią pod łóżkiem (bo zabobon tak mówi) - tak na wszelki wypadek - nie zamierzam ;)

3. Karmisz piersią?
Noooo - tu mogę błysnąć! :D Karmię! Bo chcę, bo lubię, bo mam czym - znaczy: nie że posiadam biust, tylko, że on teraz za krainę mlekiem płynącą robi! Ale gdybym nie miała pokarmu - to na pewno nie głodziłabym dziecka przekonując je do ssania, bo "może w końcu poleci".  No weź i przekonaj wrzeszczącego i głodnego noworodka! Uszy więdną, serce krwawi.
 
4. Kot i noworodek?
No! I jeszcze dwa psy! I starszy brat! To co? 
Wszystkich mam wydać, bo stanowią potencjalne zagrożenie dla nowego członka rodziny? 
No weźcie! :D

Mamy XXI wiek! Kot nie ma nic wspólnego z czarną magią.
 Trzeba go pilnować - jak każde inne zwierzę. Czuwać, żeby nie zostawał z maluszkiem sam na sam. Mieć go pod kontrolą weterynarza - dbać o szczepienia i o zdrowie. Dziedzic też od samego początku wychowywał się z kotem - i ma się dobrze! Kot nie przegryzł mu krtani, nie udusił ogonem, nie podrapał itd. Dzieci i zwierzęta to nie antagoniści - tylko my, dorośli musimy stać na straży i wyznaczać odpowiednie granice - i zwierzakom, i dzieciom. I wszystko będzie dobrze! 




piątek, 10 lutego 2017

Matka na niby?

Dwa tygodnie w pełnym składzie mamy za sobą.
W sumie - to dwa tygodnie minęły wczoraj - bo w czwartek właśnie pojawiliśmy się z Okruszkiem w domu i tu zaczęła się dopiero nasza codzienność. 
Wtedy nie powiedziałabym, że w kolejny czwartek dam radę SAMA posprzątać dom!
A jednak! :)
Przecież nikt nie umie, tak jak ja... (no dobra... Tutuś trochę pomagał... ;))
To defekt po mojej Mamie... niestety ;)

Generalnie mam wrażenie, że rekonwalescencja po drugim CC przebiega jakoś łagodniej (mimo wszystko) i szybciej ;) A może nie ma czasu na biadolenie, bo ma się w domu nie tylko noworodka, ale i pełnego energii przedszkolaka? W każdym razie - po pierwszym CC było zdecydowanie trudniej i boleśniej...


Dziś o CC właśnie będzie. A raczej o tym, że czasem nie rozumiem kobiet...
No tak, tak - wiem, że paskudzę do własnego gniazda.
Ale tak jest - i już!

Ostatnio miałam czas, żeby poczytać internety... Często zaglądałam na strony związane z macierzyństwem, opieką nad noworodkiem itp. Ot - wąskie pasmo zainteresowań ;) Nie na darmo moja ś.p. promotorka mawiała, że w ciąży kobieta nie myśli ;) Jak mnie to wtedy oburzało! :D

Ale do brzegu!
Wiecie co? Nie pojmuję, jak jedna kobieta może "jechać" drugiej kobiecie, bo ta nie zdecydowała się rodzić naturalnie i wybrała (bądź sytuacja na niej wybór wymogła) CC!

Każda z nas jest inna. 
Różnimy się wzrostem, kolorem oczu i włosów, sylwetką... 
Różnią nas poglądy. 
Dokonujemy różnych wyborów.
Mamy inne progi bólowe.
Co innego nas cieszy, a co innego paraliżuje ze strachu.

Ale czy to, że jedna z nas jest taka, a druga zupełnie inna, upoważnia nas do krytykowania?

W Internecie toczą się zażarte dyskusje na temat wyższości porodu siłami natury nad porodem zabiegowym, potocznie zwanym "cesarką".
Wiele kobiet uważa - i chętnie się tym zdaniem dzieli - że najlepszy dla dziecka jest poród naturalny. 
Owszem, zgodzę się. Jest najlepszy. Pod warunkiem, że jego przebieg jest sprawny i nie zagraża zdrowiu oraz życiu dziecka i matki. 

Za pierwszym razem byłam pewna, że urodzę naturalnie. Pewność pękła jak bańka mydlana w chwili, gdy okazało się, że Dziedzic traci tętno. W jednej sekundzie wszelkie moje chcenia i plany nie miały już znaczenia. Priorytetem stało się tylko jedno - żeby lekarz jak najszybciej pomógł mojemu dziecku przyjść na świat - całemu i zdrowemu!

Teraz - uczeni doświadczeniem - chcieliśmy wykluczyć ryzyko powtórki sprzed czterech lat. Do końca nie byłam pewna, czy dobrze robimy. Miałam mnóstwo wątpliwości: może powinnam poczekać? Może tym razem się uda? 

Czym bliżej rozwiązania - tym częściej o tym myślałam. W końcu - wraz z lekarzem, który ocenił, że mój organizm w ogóle nie czai bazy, że za chwilę ma rodzić - zdecydowaliśmy o CC. 

Trochę dziwne było dla mnie to, że na półtora tygodnia wcześniej wiedziałam, którego dnia na świecie pojawi się Okruszek.
Ale takie zaplanowane CC ma też swoje plusy - zadbałam o wszystko w domu, tak, żeby moja nieobecność nie dała się we znaki Dziedzicowi.
No i nie ma loterii na jakiego lekarza trafisz na porodówce - jechałam pewna, że Okruszka będzie witać na świecie ten sam człowiek, który przez 9 miesięcy regularnie go podglądał za pomocą ultrasonografu ;)
No dooobra - te wyżej, to są plusiki.

Największym plusem było to, że nie musiałam przeżywać stresu związanego z obawami o moje nowe dziecko. Nie naraziłam Okruszka na ryzyko. Nie musiałam nerwowo dopytywać o pierwszy krzyk - pierwsze dźwięki usłyszałam bardzo, bardzo szybko.


Drogie Kobiety! Apeluję do Was! Nie bądźmy dla siebie niemiłe i okrutne! Nie licytujmy się! Nie wywołujmy kompleksów! Każda z nas chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Czy naprawdę to, w jaki sposób dziecko pojawiło się na świecie, decyduje o tym, że jedne z nas są lepszymi, a drugie gorszymi matkami? Nie! Bo cała "zabawa" zaczyna się potem! A i wtedy nie powinno się nas oceniać w tej roli...
Najważniejsze to kochać - do utraty tchu, bezwarunkowo!
Mieć czas dla dzieci - umieć odłożyć laptop czy telefon po to, żeby na przykład móc malować palcami umaczanymi w farbie po kartonie!
Najważniejsze to wychować dziecko najlepiej, jak się potrafi - wprowadzając go w dorosłość z poczuciem dobrze wykonanej misji.


...świat za dużo widział dzieci , którym to wszystko, co naprawdę ważne, nie było dane...